Nowości-Zapowiedzi

Zapowiedź: Liroy. AutobiogRAPia vol. 1 – Piotr Marzec, Grzegorz Halama

Liroy. AutobiogRAPia vol. 1 - Piotr Marzec, Grzegorz Halama

Niewiele jest takich książek, więc fani rapu będą bez wątpienia wniebowzięci. No dobra, może nie wszyscy, ale słuchacze Liroya na pewno. Bowiem 13 stycznia 2014 roku nakładem Wydawnictwa Anakonda wychodzi książka „Liroy. AutobiogRAPia vol. 1” i podejrzewam, iż fani nie odmówią sobie przyjemności zapoznania się z ciekawymi faktami z życia Piotra Marca. Zwłaszcza, iż  raper zwykł zawsze mówić, co mu leży na sercu, bezkompromisowo i szczerze. Zapraszam do zapoznania się z zapowiedzią i fragmentem książki.

Liroy. AutobiogRAPia vol. 1 - Piotr Marzec, Grzegorz HalamaLiroy. AutobiogRAPia vol. 1 – Piotr Marzec, Grzegorz Halama

Piotr Marzec, od wielu lat znany w środowisku muzycznym jako Liroy, po raz pierwszy opowiada historię swojego życia.  Przedstawia historię swojej rodziny, opowiada o pierwszych ucieczkach z domu, o życiu na ulicy, ale także o swojej fascynacji muzyką i początkach sceny hip-hopowej w Polsce.

AutobiogRAPia, to autobiografia legendy polskiego rapu i producenta muzycznego, Liroya.

Już po kilku rozmowach z Liroyem wiemy jedno na pewno – to będzie prawdziwy hit wydawniczy, bo niesamowitych historii ze swojego barwnego życia ma ON do opowiedzenia tysiące! Jaramy się strasznie…

Fragment książki:

Kraków Główny przywitał nas niezłą pogodą o świcie, lało jak nigdy. Przesiedzieliśmy większość dnia na dworcu. Bujając się tak między peronami nadzialiśmy się na typów, którzy zdecydowanie przywłaszczyli sobie teren.

Pięciu kolesi w podobnym wieku do mnie zaczęło się przypierdalać. Zanim zdążyłem zareagować, Jacek walił już w pysk tego najwyższego i najbardziej pyskatego. Zrobiłem dokładnie to samo i zasadziłem z bani koleżce stojącemu obok mnie. Reszta uciekła.

Duży, wstając z ziemi, wydzierał się, że nas zajebią, ale już nie słuchaliśmy. Musieliśmy szybko znaleźć miejsce do kimania na najbliższą noc, albo zawijać się stąd dalej, bliżej  granicy.

Na mieście pozostały jedynie klatki schodowe, nic nie znaleźliśmy, więc dzień chujowy.

Postanowiliśmy wrócić na dworzec i złapać pociąg do Zakopca. Rozkład jazdy uświadomił nam, że Zakopane chyba nam nie pisane tym razem. Zaczęły się intensywne poszukiwania innych kierunków.

Na dworcu zrobiło się trochę za dużo panów w mundurach, więc trzeba było ewakuować się na zewnątrz. Moją uwagę przykuły wagony stojące na bocznicy. Wyglądały na takie, które w podróż raczej się nie wybierają. Pytanie brzmiało – jak dostaniemy się do nich niezauważeni, skoro tyle mundurów dookoła?

Kiedy zapadła noc siedziałem zmarznięty i głodny za winklem obserwując, jak ruch na stacji zamiera.

Wreszcie nadarzyła się okazja. W ciemnościach przebiegliśmy na bocznicę i wbiliśmy się do jednego ze stojących tam wagonów. Po zamknięciu przedziału przyszedł czas na nasłuchiwanie, czy ktoś czasem nas nie słyszał.

Przedział był zajebisty, pierwsza klasa. Kanapy, zagłówki i nowiutkie metalowe półki na bagaż.

Te półki stały się idealnym miejscem na kimanie.

Położyliśmy się na przeciwległych półkach, utykając pod siebie co się da, bo metalowe półki na bagaż mają również swoje gorsze strony.

Pomyśleliśmy, że to genialny pomysł. Kiedy sprawdzają przedziały to raczej świecą latarkami po kanapach. Plecak pod głowę i wreszcie sen. Spaliśmy na zmianę. Najpierw ja, potem Jacek. Trzeba było pilnować, czy ktoś nie idzie. Nad ranem usłyszałem, że kilka osób wchodzi do wagonu.

Obudziłem Jacka i wyczekiwaliśmy w półmroku.

Ktoś ostro szarpnął drzwi od przedziału i zaczął świecić latarką po przedziale.

Mieliśmy rację, góry nie widać. Kolesie wyszli z wagonu, a mnie serce zaczynało wracać z gardła na swoje miejsce. Kiedy wydawało się, że chwilę jeszcze pośpię, za oknem zauważyłem jakąś twarz. Miałem wrażenie, że ktoś obserwuje nas przez okno.

Szepnąłem do Jacka dokładnie w tym momencie, kiedy do przedziału wbiegła grupa mundurowych i zaczęła okładać nas leżących na tych półkach pałami. Zanim się zorientowałem siedziałem w milicyjnej Nysie, obolały od kopniaków i pałowania.

Zabrali nas na komendę i się zaczęło.

Podczas przesłuchania zgodnie, w dwóch oddzielnych pokojach, powiedzieliśmy, że jesteśmy braćmi Kulig, sprzedaliśmy im historię, że w drodze do rodziny z Zakopanego zostaliśmy okradzeni i dlatego spaliśmy na bocznicy (bo przecieś gdzieś musieliśmy), czekając bez pieniędzy na kolejny pociąg do domu.

Każdej naszej ucieczce towarzyszył zawsze nasz trzeci kompan – list gończy, który rozsyłali za nami po kraju. Tym razem – jak się wkrótce okazało – do Krakowa dotarł również.

Cały czas wypytywali mnie o kradzieże na dworcu, nazwiska i inne pierdoły, o których nie miałem zielonego pojęcia. Tłumaczenie, że to mój pierwszy dzień w Krakowie tylko ich wkurwiało.

Po paru godzinach wypytywanek i bicia z liścia po pysku, odprowadzili mnie do celi.

Po dobie zapakowali mnie do kolejnej Nyski, w której siedział już Jacek.

Wieźli nas jakiś czas. Wysadzili nas z niej dopiero przed wejściem do ośrodka dla nieprzystosowanej młodzieży. Okazało się, że jesteśmy w Nowej Hucie.

Na wejściu zabrali nam wszystko to, co nam oddali chwilę wcześniej na komendzie w Krakowie. Kazali rozebrać się do naga i czekać. Staliśmy tak z gołymi dupami pośrodku czegoś na wzór izby przyjęć. Chujowo tak stać z kutasem na wierzchu pośród zgrai obcych starych frajerów.

Przestałem sobie tym głowę zawracać w momencie, gdy przez drzwi wprowadzili zajebistą, starszą ode mnie o kilka lat laskę, której również kazali się rozebrać. Była już w sumie dojrzałą kobietą ze sporymi piersiami i delikatnym blond zarostem na piczce. Wpatrywałem się w nią, jakbym pierwszy raz w życiu zobaczył gołą babę. Spostrzegłem, że zerknęła na mnie i uśmiechnęła się zalotnie.

Zapomniałem zupełnie, gdzie się znajduję, liczyła się teraz tylko ona.

Szybko okazało się oczywiście, że ośrodek jest koedukacyjny.

Cele dziewczyn były w przeciwległych skrzydle, ale zajęcia ruchowe i te na świetlicy były wspólne. Widziałeś tę dupę? – zapytałem Jacka, kładąc się na pryczy w swojej nowej celi.

Nooo! A widziałeś te cyce i kota? – śmiejąc się odpowiedział Jacek.

Jakoś tu przeżyjemy, a jak się nadarzy okazja – spierdolimy.

Wcześnie rano, jak to mieli w zwyczaju, zwlekli nas z łóżek i kazali ustawić się pod celą.

Kiedy tak stałem przed celą w rządku w tych swoich za dużych ciuchach, czekając na wyjście do łazienki, jakiś frajer z korytarza zaczął wyzywać mnie od krasnali i śmiać się ze mnie.

Spojrzałem tylko na jego twarz, żeby ją dobrze zapamiętać i na Jacka, który śmiejąc się samemu z tej sytuacji spojrzał na mnie wymownie.

Kiedy weszliśmy do łazienki, jedynka koleżki poleciała w niepamięć do ścieku w umywalce razem z pastą do zębów i jego głupią miną. Jacek w tym czasie ostudził zapał jego koleżków.

Dwa dni później spokałem tę golaskę na świetlicy. Grałem akurat z Jackiem w szachy, gdy zaczęła do mnie machać, abym do niej podbił. Na świetlicy, która była dość spora, przesiadywało jednorazowo sporo dzieciaków. Mimo że byliśmy cały czas pilnowani, dało radę na chwilę się schować, jak się okazało. Kiedy podbiłem do laseczki, szybkim ruchem wciągnęła mnie za grube zasłony w kącie.

Zaczęła mnie całować i ścisnęła  moją fujarę. Postanowiłem się odwdzięczyć i wsunąłem jej palec prosto w piczkę. Nie wiem jak ona, ale ja miałem jazdę życia. Nie przeszkadzało jej chyba zupełnie, że ja na te sprawy to jeszcze trochę za młody byłem.

Wszystko się skończyło, gdy Jacek zainteresował się, co my tam robimy, a zaraz za nim zaciekawił się tym jeden z kolesi nas pilnujących.

Dni uciekały.

Każdego dnia wzywany byłem na obowiązkową rozmowę z jakimś fagasem, który starał się mi wytłumaczyć, że jestem zgniłym jabłkiem, które oni tu w ośrodku odrobaczą.

Zawsze darł ryja, którego miał za każdym razem upoconego jak świnia.

Mówił mi wciąż, że do osiemnastki będę cykał jak zegarek, że oni już o mnie tu odpowiednio zadbają.

Któregoś dnia wezwał mnie ponownie. Pierdolnął mi wykład o dyscyplinie i oznajmił, że opuszczam ośrodek. Na odchodne dojebał, że to jedynie na moment i że wkrótce się widzimy.

Nie pamiętam zupełnie kto nas odebrał tego dnia. Wiem tylko, że dostałem po powrocie do domu wpierdol stulecia od starego. Wykrzyczałem staremu, że wolę do Nowej Huty niż tu siedzieć i patrzeć na niego. Prędzej Cię tu zabiję! – krzyknął do mnie stary, napieralając mnie pasem w twarz.

Chodziłem potem z rodzicami na Solną rozmawiać z kuratorem o mojej sytuacji. Na pierwszym spotkaniu zajebałem prosto z mostu o sytuacji na chacie. Ojciec, oczywiście lekko najebany, tylko powiedział, żebym przestał kłamać, spojrzałem więc na matkę szukając u niej potwierdzenia moich słów.

Kurator również spojrzał na nią wymownym wzrokiem – co Pani na to?

Usłyszałem, że kłamię, a ojciec co prawda jest surowy, ale nie bije syna i nie znęca się nad nikim z naszej rodziny.

Tego wieczora straciłem całkowicie zaufanie do matki, która mimo wszystko była jedyną osobą, której dotąd całkowicie ufałem.

Nie był to pierwszy raz, ale postanowiłem, że będzie ostatni.

Po latach w dniu mojego ślubu matka wyznała mi, że musiała tak się wtedy zachować, bo w innym wypadku trafiłbym do poprawczaka do momentu osiąnięcia pełnoletności.

Okazało się więc, że fagas w Nowej Hucie wiedział, co mówi.

Jest wiele dni z dzieciństwa, które zajebiście dobrze pamiętam. Jednym z tych dni był ten, w którym usłyszałem z ust matki „Synu, dziś zabiję tatę”.

(…)

Pierwszy raz uciekłem z domu w trzeciej klasie podstawówki. Sytuacja w domu była lipna, więc jak tylko Jacek zarzucił temat zrywki długo się nie zastanawiałem, a że był w tym mocno przekonywujący to druga sprawa. Zawinęliśmy, co mieliśmy pod ręką na taką wyprawę. Jacek dobrze wiedział, gdzie starzy trzymają kasę. Barek, oprócz pieniędzy, miał na stanie sporo słodyczy a to było równie ważne jak pieniądze. Wiedzieliśmy, że zerwać się chcemy, mało tego – wiedzieliśmy gdzie. Celem była Szwecja. Z nieznanych mi przyczyn postanowiliśmy tego dokonać przez Zakopane i granicę z Czechosłowacją.

(…)

Ojciec mojej kuzynki siedział na kontrakcie w RFN, więc zawsze przywoził stamtąd jakieś ciekawostki. A to pachnący jabłkami szampon, a to dobre fajki, magazyny muzyczne, świerszczyki. No właśnie – świerszczyki. Nie mówię tu oczywiście o popularnym w owym czasie piśmie dla dzieci. Tego dnia taki jeden znaleźliśmy z kuzynką w pokoju za meblościanką. Postanowiliśmy, że będziemy robić to samo, co te pary w magazynie.

(…)

Po ciężkiej nocy przyszedł czas na mój pierwszy teledysk. Kac gigant wysadza w powietrze właśnie moją głowę i tylko joint może mnie uratować. Mam skitrany spory worek na klip, więc dam radę. Wzgórze i ziomki powinni już być na miejscu, kilka osób też pewnie się pojawi, bo usłyszało w RMF moje zaproszenie na klip. Parę machów przed klatką i czas zawijać na plan, klip reżyseruje Kuba Wojewódzki, więc nie ma opierdalania, w końcu to mój pierwszy klip w BMG.

(…)

Celem naszej kolejnej wycieczki było ZOO i to właśnie tam, szukając dookoła jakiejś dziury w ogrodzeniu, odkryliśmy wybrzeże nad Wisłą. Zamieszkaliśmy w krzakach nad wodą. Kolejnego dnia okazało się, że nie opodal naszej miejscówki jest przycumowana barka, nie pilnowana. Pomyśleliśmy, że trafia się okazja spierdolić wpław Wisłą do morza, a potem… Szwecja.

Paweł Mieczkowski