EventyKsiążka

Wiemy komu przypadła literacka nagroda Nobla 2014!

Patrick Modiano /GALLIMARD PUBLISHING /PAP/EPA
W tym roku Szwedzka Akademia doceniła talent blisko 70-letniego Patricka Modiano. To do niego trafiła literacka nagroda Nobla 2014.

 

Modiano zalicza się do czołowych pisarzy francuskich. Jego twórczość jest wysoko ceniona w tym kraju, ponadto przetłumaczona została na 36 języków.

 

Na dzień dzisiejszy brak jest dostępnych książek Modiano w języku polskim, ale na pewno, podobnie jak w przypadku poprzednich noblistów chociażby tych z ostatnich lat – Alice Munro (Nobel 2013) oraz Mo Yan (Nobel 2012) zmieni się to w najbliższych tygodniach.

 

Swój wybór Szwedzka Akademia uzasadniła między innymi tym, że w swej twórczości Modiano Modiano porusza ważne tematy: pamięci, zapomnienia, tożsamości i winy.

Na zdjęciu powyżej: Patrick Modiano
[Źródło zdjęcia: /GALLIMARD PUBLISHING /PAP/EPA]

Malala
Warto zwrócić uwagę również na inną nagrodę przyznaną przez Akademię – pokojową nagrodę Nobla otrzymała Malala Yousafzai, charyzmatyczna nastolatka pochodząca z Pakistanu. Malala, najmłodsza jak do tej pory laureatka pokojowej nagrody Nobla,  założyła bloga i występowała wspólnie z ojcem na zgromadzeniach, walcząc o dostęp kobiet do edukacji.

 

W 2012 roku jako piętnastoletnia dziewczyna, Malala została ciężko postrzelona. Poniżej znajdziecie fragmenty z prologu książki „To ja Malala” – książki, w której Malala z pomocą korespondentki opisuje swoją historię. Prolog w pełnej wersji przeczytacie na naszym blogu tutaj.

 

Wszystkim dziewczętom, które stanęły w obliczu niesprawiedliwości i zostały uciszone. Razem muszą nas usłyszeć.

PROLOG

Dzień, w którym zmienił się mój świat

Pochodzę z kraju stworzonego o północy. Kiedy o małop nie umarłam, minęło południe.
Rok temu, gdy miałam piętnaście lat, wyszłam z domu do szkoły i już nie wróciłam. Niewiele brakowało, a zginęłabym od talibskiej kuli, i nieprzytomną wywieziono mnie z Pakistanu. Niektórzy mówią, że nigdy nie wrócę do domu, ale ja wierzę, że tak. Rozłąka z ukochanym krajem to coś, czego nikomu nie życzę.

Dziś, ilektoć otwieram oczy rano, tęsknię za widokiem mojego dawnego pokoju pełnego znajomych rzeczy, rozrzuconych po podłodze ubrań i szkolnych nagród na półkach. Jestem w kraju oddzielonym o pięć godzin lotu od mojego ukochanego Pakistanu i mojego domu w dolinie Swat. Lecz miejsce, w którym się znajduję, wyprzedza moją ojczyznę o setki lat. Są tu wszelkie możliwe wygody: z każdego kranu leci woda, wedle życzenia ciepła lub zimna, światło jest na pstryknięcie bez względu na porę nocy i dnia, nie trzeba lamp naftowych, a na kuchenkach można gotować bez biegania na bazar po butle gazowe. (…)

To był wtorek, dziewiąty października 2012 roku. Nie najlepsza pora, bo mieliśmy właśnie egzaminy, chociaż jako prymuska nie cierpiałam z tego powodu tak, jak część moich koleżanek. Tamtego ranka zwyczajnie dotarliśmy na błotnistą uliczkę opodal Hadżi Baba Road w oparach spalin barwnych ryksz, w których tłoczyło się po pięć, sześć dziewczynek. Odkąd nastały rządy talibów, ze szkoły zdjęto szyld, tak że zdobione mosiężne drzwi w białej ścianie nie zdradzały, co się za nimi kryje.

Dla nas, dziewcząt te drzwi były jak magiczny portal do naszego szczególnego świata. Po wejściu do środka zrywałyśmy szale z głów, tak jak wiatr rozwiewa chmury i robi przejście dla słońca, po czym na złamanie karku biegłyśmy na górę. U szczytu schodów widniał dziedziniec z drzwiami do wszystkich klas. Zrzucałyśmy plecaki i zbierałyśmy się na poranny apel pod gołym niebem, a następnie zwrócone plecami do gór, stawałyśmy na baczność. Jedna z dziewcząt mówiła „Assaan basz!”, czyli „Spocznij!”, na co strzelałyśmy obcasami i odpowiadałyśmy „Allah!”. Potem wołała „Hoo sze yar!”, czyli „Baczność!”, a my ponownie strzelałyśmy obcasami. „Allah!”.

Szkołę założył mój ojciec, zanim się urodziłam, i na ścianie nad naszymi głowami widniał dumny napis „SZKOŁA KHUSHAL”, wymalowany białą i czerwoną farbą. Chodziłyśmy tam sześć razy w tygodniu, a że byłam wtedy w dziewiątek klasie, na lekcjach zakuwałyśmy równania chemiczne i gramatykę urdu, pisałyśmy angielskie wypracowania z morałami w stylu „Co nagle, to po diable” i rysowałyśmy wykresy krążenia krwi – większość koleżanek chciała zostać lekarkami. Trudno sobie wyobrazić, żeby komuś to przeszkadzało. (…)

Gdy po lekcjach nadjechał bus, zbiegłyśmy po schodach. Przed wyjściem na zewnątrz wszystkie dziewczynki zakryły głowy. Nazywamy takie pojazdy dyna: była to toyota townace z trzema równoległymi ławkami, dwiema po bokach i jedną pośrodku. Wewnątrz stłoczyło się dwadzieścioro dziewcząt i troje nauczycieli. Siedziałam po lewej stronie z Monibą i Szazią Ramzan z niższej klasy; przyciskałyśmy do siebie teczki z testami, plecaki położyłyśmy pod nogami.

Resztę pamiętam jak przez mgłę. (…)

W snach o strzelaninie jestem w autobusie z tatą i on również zostaje ranny, a potem szukam go w tłumie mężczyzn. W rzeczywistości nagle nas zatrzymano. Na lewno znajdował się cały porośnięty grawą grobowiec Shera Muhammada Khana, ministra finansów pierwszego władcy Swatu, a na prawo – wytwórnia słodyczy. Ujechałyśmy niespełna dwieście metrów od punktu. [przyp. wojskowy punkt kontrolny]

Nie widziałyśmy, co się dzieje, ale młody brodaty mężczyzna w jasnej odziezy zastąpił nam drogę i kazał stanąć. „Czy to bus szkoły Khusal?” – zapytał kierowcę. Usman bhai dżan uznał to za głupie pytanie, bo nazwa była wymalowana z boku. „Tak”, potwierdził. „Potrzebuję informacji o pewnych dzieciach”, oznajmił tamten. „Idź do sekretariatu”, odparł Usman. W tej samej chwili do busa podszedł od tyłu drugi młody mężczyzna w bieli. „Patrz, dziennikarz przyszedł prosić o wywiad”, odezwała się Moniba. Odkąd zaczęłam przemawiać z ojcem na zgromadzeniach w sprawie dostępu dziewcząt do nauki i przeciwko takim jak talibowie, którzy wepchnęli nas w mysią dziurę, często zjawiali się dziennikarze, nawet zagraniczni, ale nigdy na drodze. Tamten miał czapkę z daszkiem i zasłaniał chustką usta i nos, jakby chorował na grypę. Wyglądał jak student. Wskoczył na tył i schylił się nad nami.

„Która to Malala?” – spytał. Nikt się nie odezwał, ale kilka dziewcząt na mnie spojrzało. To ja siedziałam z odsłoniętą twarzą. Wtedy podniósł czarny pistolet. Później dowiedziałam się, że był to kolt .45. Niektóre dziewczynki krzyknęły. Podobno ścisnęłam rękę Moniby.
(…)
Kim jest Malala? Malala to ja, a to jest moja historia.

[fragment książki „To ja Malala”, Malala Yousafzai, Christina Lamb, wyd. Prószyński, strony 1 – 10]

KsiążkoweWieści