Tiny Pretty Things - recenzja książki Tiny Pretty Things

Czy wiesz, że istnieje świat, w którym najbardziej istotną rzeczą w życiu jest to, by dostać główną solową rolę w przedstawieniu baletowym? By zatańczyć partię Cukrowej Wieszczki w Dziadku do Orzechów? I gdzie wszystkie drogi i ruchy prowadzą właśnie do tego punktu? Pod ścianę, na której wywieszono listę z obsadą w widowisku – kartkę która przesądza o Twoim być albo nie być. Nie myślałam nigdy o takim ustawieniu priorytetów. Pewnie dlatego, że nigdy nie chciałam zostać baletnicą, jak główne bohaterki książki Tiny Pretty Things autorstwa Sony Charaipotra oraz Dhonielle Clayton. Zajrzyj do ich świata i poznaj skutki uboczne fascynacji tańcem.Tiny Pretty Things

Tiny Pretty Things – witaj w elitarnej szkole intryg

Autorki powieści Tiny Pretty Things zabierają czytelnika do ekskluzywnej nowojorskiej szkoły baletowej na Manhattanie, która rygorystycznie przestrzega tradycji klasycznego tańca. Rosyjscy instruktorzy uczą przyszłych tancerzy warsztatu, poszanowania klasycznej techniki tej formy sztuki oraz dyscypliny i ogłady. Są też kimś znacznie więcej – decydują o losie młodzieży, którą prowadzą. To od nich zależy kto, jaką rolę otrzyma w przedstawieniu, tym samym „segregując” grupę na lepszych i gorszych. Na tych z talentem i na tych, którym dużo brakuje do ideału. Każda z nastoletnich dusz marzy o partii solowej w spektaklu, otwierającej drzwi do wielkiej kariery. I każda z nich jest gotowa zaprzedać się diabłu, by znaleźć się na szczycie listy z obsadą w spektaklu.

Biorąc pod uwagę, jak wielka jest konkurencja, uczennice i uczniowie szkoły stawiają nie tylko na edukację, trening sprawności i misterne szlifowanie swoich umiejętności. Nie skupiają się jedynie na tym, jak regularnymi ćwiczeniami, konsekwencją i determinacją osiągnąć zamierzony cel. O nie… wychodzą daleko poza granice swoich możliwości z zakresu tańca, w nosie mając zasady fair play i zwykłą przyzwoitość. Uciekają się do obrzydliwych intryg i sztuczek. Uderzają w słabości konkurentek, odbijają im chłopców lub bez mrugnięcia powieką zwyczajnie robią im krzywdę. Te z kolei eliminują rywalki nie tylko z wyścigu o laur primabaleriny, ale również niekiedy całkowicie usuwają ze świata baletu. Tak… to nie jest niewinne, „dziecięce” rzucanie kłód pod nogi. To bezwzględne upokarzanie i fundowanie urazów mechanicznych, które grzebią marzenia. Jak? Na przykład za pomocą kawałków szkła ukrytych w poincie lub przez celowe upuszczenie partnerki na podłogę podczas podnoszenia. Nieczysta gra wydaje się być wpisana w tę profesję i jawi się jako naturalna kolej rzeczy. Do tego stopnia, że cieszę się, że moja córka nie ma zupełnie inne zainteresowania.

Dziewczęcy trójgłos

Fabułę Tiny Pretty Things obserwujemy z trzech różnych perspektyw.  W ten sposób poznajemy bliżej Gigi – czarnoskórą nową uczennicę, która, mimo że dopiero co przyjechała z Los Angeles, od razu otrzymała główną rolę Cukrowej Wieszczki w balecie Dziadek do orzechów. Zupełnie się tego nie spodziewała! Podobnie zresztą jak druga z dziewcząt – uzależniona od leków uspokajających blond piękność Betty. Dziewczyna marzyła o tej roli, odkąd tylko przekroczyła próg szkoły parę lat wcześniej. I odkąd jej starsza siostra Adele stała się gwiazdą baletu, a wcielając się w rolę Cukrowej Wieszczki, zdobyła szacunek i uznanie ważnych osobistości w tanecznych kręgach. I ich zimnej, wpływowej matki. Odebranie jej tej roli było jak policzek. Trzecią bohaterką jest pół Koreanka bulimiczka June, której przyznano rolę dublerki Gigi. W tych kręgach dubler to ktoś, kto jest niewystarczający. Za „mały”, by zagrać główną rolę, a więc… zupełnie nikt. Szanse na występ ma tylko wtedy, gdy główna tancerka będzie niedysponowana w czasie spektaklu.

Nie trudno się zatem domyślić, że zarówno Betty jak i June nie pałają sympatią do Gigi. Zwłaszcza będąca do tej pory gwiazdą szkoły Betty jest sfrustrowana obecnością Gig. Tym bardziej że dziewczyna odbiera jej nie tylko główną rolę i uwagę, która do tej pory była skupiona wyłącznie na niej, ale również ukochanego chłopaka Aleca. Mściwa i rozżalona baletnica posuwa się do niecnych sztuczek, by zdyskredytować Gigi. June robi podobne ruchy, by ją osłabić i rozkojarzyć. A Gigi? To jedna z nielicznych pozytywnych postaci w tej powieści. Czysta, dobra, sympatyczna i empatyczna. Czyli totalnie niepasująca do tego gniazda żmij. Czy uda jej się w nim przetrwać? I co będzie musiała znieść, by utrzymać się na powierzchni?

Przyjaźń w tym miejscu? Raczą Państwo żartować…

Każda z dziewcząt skrywa tajemnice, które mogą odbić się na przyszłej karierze tanecznej, a które z tego względu trzeba trzymać głęboko pod kluczem, by nie ujrzały światła dziennego. Najgorszą sytuacją jest wtajemniczenie kogoś w swoje sekrety. W świecie baletmistrzów najlepszy przyjaciel za chwilę może stać się najgorszym wrogiem. Nie ma tu bowiem miejsca na prawdziwą szczerą przyjaźń. Za maską uśmiechu i serdeczności kryją się bowiem fałsz i obłuda, chęć budowania swojej pozycji kosztem innych i wzajemne knucie przeciwko sobie. Czy właśnie taki jest koszt wysokich ambicji?

Studium cierpienia

Bardzo łatwo jest ocenić okrutne postępowanie Betty, June i reszty uczniów szkoły. Świat jednak nie jest tylko czarno-biały. I o ile nie można wytłumaczyć obrzydliwości i okrucieństwa, można próbować zrozumieć motywy, jakie kierują bohaterów na tak nieetyczne ścieżki. Mamy tu bowiem cały zbiór przyczyn, kliniczny wręcz przegląd zaburzeń i traum z dzieciństwa, które wydają na świat zgniłe owoce w nastoletnim życiu. Nie pomagają rodzice dyskredytujący swoje dzieci, jednocześnie faworyzujący idealne rodzeństwo. Trudno jest wiecznie nie móc sprostać ich wymaganiom. Żyć z przeświadczeniem, że jest się niewystarczającym w oczach własnej matki, lub z niewiedzą kim jest biologiczny ojciec. Ogromną próbą jest również zmierzenie się ze swoją innością – orientacją seksualną czy kolorem skóry. Dzieci te rozpaczliwie pragną uwagi, akceptacji i miłości. Myślą, że zapewnić im to może jedynie bycie najlepszym w tańcu. Dlatego pędzą do celu na oślep, po trupach. I kosztem własnego zdrowia.

Cieszą zatem momenty, w których odsłaniają swoje miękkie, wrażliwe oblicze. Te chwile refleksji, namysłu nad własnym postępowaniem i zrzucenia z oczu filtrów chorej rywalizacji, które tak bardzo zniekształcają rzeczywistość. Wzruszałam się w momentach, gdy wzbudzające głęboką antypatię bohaterki stawały się kruchymi dziewczynami zdolnymi do wzruszeń i płaczu. Gdy te, które na ogół zadawały cierpienie, same cierpiały… Każda taka chwila dawała bowiem nadzieję, że jest jeszcze człowiek w człowieku. Nie tylko wilk w owczej skórze.

Tiny Pretty Things, czyli dobra rozrywka

Tiny Pretty Things nie jest książką wybitną i daleko jej do wartościowej literatury. To powieść naiwna i mało odkrywcza. Jest natomiast znakomitym, czytadłem, które nie pozwala się od siebie oderwać. Świat zepsutych nastolatek wciąga bez reszty, stanowiąc wyśmienitą rozrywkę. Pisana prostym językiem nie stanowi żadnej trudności w odbiorze. Natomiast sam koniec książki wydaje się być nieprzemyślany i nie rozwiązuje zagadek, przez co po zakończeniu można czuć rozczarowanie. Jednak tylko do momentu, w którym nadchodzi olśnienie, że jest to pierwszy tom serii. Kontynuacją historii o Gigi, Betty i June jest bowiem książka Shiny Broken Pieces, niestety obecnie nie ma polskiego przekładu tej powieści na naszym rynku wydawniczym. Biorąc jednak pod uwagę, że w grudniu 2020 roku na platformie Netflix pojawiła się serialowa adaptacja perypetii tancerzy wykreowanych pierwotnie przez pisarki Sonę Charaipotrę oraz Dhonielle Clayton, może niedługo pojawi się polska wersja językowa drugiego tomu? I kto wie, może nawet sama po niego sięgnę, by zaspokoić ciekawość, jak potoczyły się losy bohaterów.

Na koniec jeszcze wspomnę, że Tiny Pretty Things ukazała się nakładem wydawnictwa YA!, którego nazwa stanowi skrót od angielskiego zwrotu „Young Adults”, oznaczającego kategorię wiekową potencjalnych czytelników. Marka celuje w nastoletnich miłośników książek, wybierając literaturę, która może najbardziej przypaść im do gustu. I myślę, że ta lektura jak najbardziej trafi w ich upodobania.

Jeśli jesteś ciekawy serialu, rzuć okiem na trailer:

Póki co zachęcam Cię do przeczytania Tiny Pretty Things. Warto to zrobić szczególnie jeśli zapoznajesz się z filmowymi bohaterkami. Książkę możesz zamówić w tym miejscu.

Powiązane artykuły:

  • 8/10
    Jak mocno książka mnie wciągnęła? - 8/10
  • 7/10
    Jak oceniam styl pisania, język i warsztat autora? - 7/10
  • 7/10
    Czy warto przeczytać tę książkę ponownie? - 7/10
  • 7/10
    Czy bohaterowie wzbudzili sympatię? - 7/10
7.3/10

Summary

Tiny Pretty Things nie jest książką wybitną i daleko jej do wartościowej literatury. To powieść naiwna i mało odkrywcza. Jest natomiast znakomitym, czytadłem, które nie pozwala się od siebie oderwać. Świat zepsutych nastolatek wciąga bez reszty, stanowiąc wyśmienitą rozrywkę. Pisana prostym językiem nie stanowi żadnej trudności w odbiorze. Natomiast sam koniec książki wydaje się być nieprzemyślany i nie rozwiązuje zagadek, przez co po zakończeniu można czuć rozczarowanie. Jednak tylko do momentu, w którym nadchodzi olśnienie, że jest to pierwszy tom serii.

Urszula Garncarz