Okładka SHI od początku zwróciła moją uwagę. W stonowanej, zielonkawej barwie z interesującą scenką pościgu, realistycznie ukazującą dynamizm tej akcji. Zrozumiałem, że to nie będzie kolejny komiks o superbohaterach. Przyznam, że spodobała mi się ta odmiana. SHI: Na początku był gniew… to komiks, który wyróżnia się eleganckim wydaniem, w twardej oprawie oraz bajecznymi rysunkami. Jest to również pozycja dla dorosłych, zarówno ze względu na prezentowane treści jak i historię. Czy jest to tytuł wart uwagi? Czytajcie dalej i przekonajcie się czy chcielibyście zagłębić się w prezentowanej opowieści.

SHI: Na początku był gniew… – fabuła słów kilka

Historia zaczyna się we współczesnych czasach, gdzie jesteśmy świadkami zamachu na syna i żonę potentata przemysłu zbrojeniowego. Nie, nie mowa tutaj o Tonym Starku. Tuż po tym zdarzeniu przenosimy się do roku 1851, do Londynu. I w tym miejscu historia zwalnia tempa. Jesteśmy świadkami otwarcia Pierwszej Wystawy Światowej i otwarcia Pałacu Kryształowego, gdzie ma być prezentowany dorobek kulturalny i techniczny narodów świata. Jednak to jedynie tło dla prezentowanych wydarzeń.

Poznajemy rodzinę arystokratów Winterfield wraz z ich najstarszą córką. Na terenie wystawy trafiają przez przypadek na młodą Japonkę trzymającą w rękach swoje martwe dziecko. Kobieta mówiąca niezrozumiałym nikomu językiem wywołuje gniew i pogardę. Dyrektor ekspozycji natychmiast wzywa ochronę, która brutalnie traktuje zrozpaczoną matkę nazywając ją wariatką. Zniesmaczony tłum wydaje się nie przejmować jej losem. Wyjątkiem jest córka pułkownika Winterfield, Jennifer. Jednak szybko przekonuje się, że tylko ona, bo jej otoczenie pochłonięte jest konsumpcjonizmem i szeroko pojętymi zabawami. Bohaterka postanawia działać i pomóc nieznajomej. Przy okazji ściąga na siebie gniew ojca, co nie kończy się dobrze, ani dla niej, ani dla jej nowo poznanej przyjaciółki.

Pierwsze…

Już wiem, że obraz zadufanej w sobie, znudzonej oraz przeświadczonej o własnej wyższości magnaterii będzie tutaj wielokrotnie podkreślany. Nie specjalnie mi się to spodobało. Nie lubię, gdy już na początku historii wszystko jest tak wprost powiedziane. Może to kwestia osobistych preferencji, ale uważam, że komiksy czy książki są ciekawsze, jeśli nie do końca wiadomo kto jest tym dobrym, albo gdy Czytelnik się zastanawia czy ten zły nie ma przypadkiem racji.

Głównymi bohaterkami będą dwie kobiety. Jennifer, łamiąca konwenanse, pochodząca z dobrego domu dziewczyna oraz młoda Japonka, Rei, która uznawana jest za człowieka niższej kategorii, który powinien zniknąć. Od samego początku widać, że ich historia będzie ciężka, naznaczona wieloma bliznami i nieprzyjemnymi sytuacjami.

Na wstępie zaznaczyłem, że jest to komiks dla dorosłych i to właśnie przedstawiane treści go do tego kwalifikują. Nie przepadam za upychaniem na siłę (tak, dokładnie tak to odbieram) negliżu i seksualnych wstawek, a tutaj właśnie to dostałem. Dałbym temu opowiadaniu wyższą notę bez tego, są inne sposoby na przedstawienie brutalności doświadczeń bohaterów, nawet w komiksie.

… i ostatnie wrażenie.

Co więcej gdy fabuła zaczęła nabierać tempa zeszyt się skończył. Jest ewidentnie za krótki i zbyt mało opowiada, żeby się jakkolwiek wciągnąć. Na szczęście zapowiedziane są kolejne tomy, a więc może warto poczekać, żeby poznać kontynuację opowieści. Końcówka komiksu nawiązuje do jego początku, a więc wracamy do zamachu i dowiadujemy się, że tytułowe SHI to japoński symbol śmierci. Posługuje się nim organizacja kryminalna złożona jedynie z kobiet, której początek sięga XIX wieku i Pierwszej Wielkiej Wystawy w 1851 roku. Historia zatacza koło, a my po raz kolejny bez owijania w bawełnę dostajemy oczywiste wyjaśnienie. Naprawdę przez cały czas sądziłem, że brak choćby zdawkowych odpowiedzi rozbuduje ten klimat tajemniczości i to on będzie najmocniejszą stroną SHI: Na początku był gniew… Niestety nic z tego, a szkoda bo mógłby to być mocny element tej powieści.

Kreska – czyli o stronie graficznej słów kilka

Szata graficzna komiksu to jego najmocniejsza strona. Charakterystyczna kreska Homsa, kojarzy mi się z kilkoma europejskimi komiksami i jest całkowicie odmienna od tej, którą spotykamy w albumach Marvela czy DC Comics, których jest najwięcej na rynku. To właśnie rysunki sprawiły, że koniec końców odbiór SHI był pozytywny. Kolorystyka rzeczywiście cieszy oko i sprawia, że komiks czyta się z przyjemnością. Dla przykładu zamieszczam zdjęcie poniżej:

SHI: na początku był gniew - sprawdź na TaniaKsiazka.pl

Umyślnie nie wstawiam niczego ze źródeł internetowych, aby podkreślić realny wygląd zeszytu, a rysownik dba o wiele szczegółów. Zwróćcie uwagę na zaznaczenie odbijającego się deszczu od jadącej karety, chodnika czy też barierki oraz beczki z lewej strony, czy też spadające krople z przemoczonego cylindra policjanta w okienku w dolnym prawym rogu. To właśnie takie elementy pokazują kunszt Homsa i sprawiają, że wizualnie SHI: na początku był gniew stoi na wysokim poziomie.

W końcu warto kupić czy nie?

Myślę, że choćby ze względu na świetne rysunki warto dać temu komiksowi szansę. Ciężko mi ocenić jak potoczy się historia, szczególnie że ma zamknąć się w zaledwie czterech zeszytach. Po lekturze pierwszego albumu mam mieszane uczucia, jednak sięgnę również po drugi tom. Liczę na jakieś ciekawe wątki i więcej dynamicznych akcji. Osoby szukające elementów fantasy nie znajdą ich tutaj i mogą być zawiedzeni. Ci którzy szukają poważnej historii bez bohaterów w obcisłych kostiumach mają okazję na poznanie bardzo dobrze nakreślonego dramatu.

Marcin Juchimowicz