Hej! Dziś przed Wami recenzja książki List z powstania, której autorką jest Anna Klejzerowicz. To moje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki, nie jestem więc w stanie odnieść się do jakiejś poprzedniej powieści pisarki. Wiem za to, że jej historie są zachwalane i cieszą się niemałym zainteresowaniem. Cóż, ja skupię uwagę na tej konkretnej powieści, którą właśnie dziś recenzuję. Od razu uprzedzam, że mogą pojawić się spoilery. Będę oczywiście starała się tego unikać, jednak tuż po skończonej lekturze miałam w głowie już sporo wniosków. Dzieląc się nimi z narzeczonym, nie mogłam uniknąć zdradzenia choćby odrobiny fabuły, a wciąż nie przychodzi mi do głowy nic innego, co mogłabym napisać. Tak więc ostrzegam, ale jednocześnie zaznaczam, że postaram się zachować najważniejsze zwroty akcji w tajemnicy, by nie psuć zabawy tym, którzy mają zamiar sięgnąć po tę historię.

Recenzja książki List z powstania – sinusoida uczuć, emocji i wrażeń

Sinusoida uczuć, emocji i wrażeń – oczywiście moich, jako Czytelniczki. Pierwsze rozczarowanie nastąpiło, kiedy przeczytałam, że opowieść jest fikcją. To znaczy, że nie było tu żadnych inspiracji z prawdziwego życia. Dlaczego tak bardzo mnie to rozczarowało? Ponieważ samo życie na temat Powstania Warszawskiego, czy wydarzeń związanych z II Wojną Światową, napisało wiele ciekawych i dramatycznych scenariuszy. Nie byłam więc przekonana, czy akurat na ten temat potrzebna jest jakakolwiek fikcja literacka. Ale okej, autorka podjęła takie tło dla swojej historii, w porządku. Przebolałam ten fakt i ruszyłam z czytaniem.

Cała książka liczy ponad 340 stron. Tak na oko, jakieś pierwsze 150 było całkiem interesujące. Chociaż temat zaginionej siostry, związanej z podziemnymi działaniami Polaków wydawał się aż do bólu powtarzalny i schematyczny. Mimo to historię czytało się lekko, nawet przyjemnie. Budowa poszczególnych postaci była konsekwentna, szczególnie Julia aż do końca była przekonującą bohaterką. Następnie, mniej więcej po tych 150 stronach, powieść, w moim odczuciu, zaliczała już tylko spadek.

Recenzja książki List z powstania – ciekawy temat, niezbyt ciekawa realizacja

Wyobrażając sobie zarys fabuły, mogę stwierdzić, że ta historia miała potencjał. Naprawdę było kilka miejsc, gdzie momentami z odrobiną napięcia czekałam, co nowego się wydarzy. Ale w gąszczu całej opowieści było tych chwil niewiele. Kompletnie rozczarowało mnie zakończenie i przypadek Marianny i Maxa. Jak już pisałam, nie chcę zdradzać zbyt wiele. Muszę jednak napisać, że w pewnej chwili całość podchodziła mi pod pewien absurd. Nasuwało mi się pewne skojarzenie. Czytałam kiedyś sagę Zmierzch (jeśli mam być szczera, to aż 7 razy w całości i wybrane tomy czy sceny drugie tyle, ale to było w gimnazjum – trochę się usprawiedliwiam) i tam w ostatniej części uderzyło mnie coś podobnego. To znaczy, na pewnym etapie historii pojawiła się duża przesada. Niewyobrażalny majątek (choć jego istnienie było usprawiedliwione), szpital na piętrze domu, prywatna wyspa, drogie auta itp. W książce List z powstania jest podobnie, chociaż istnienie pewnych bogactw jest w sumie logicznie usprawiedliwione. Jednak pozostaje we mnie jakiś taki niesmak, poczucie zaaranżowania, wyczuwalne naprowadzanie fabuły na odpowiednie tory. I nie chodzi tu tylko o majątek. Cała siatka powiązań, osoby, które czuwały nad Julią i Marianną, ich losy…

W ostatecznym rozrachunku miałam wrażenie, że tego wszystkiego jest za dużo. Nie liczyłam na autentyczną historię. Ale spodziewałam się powieści, która będzie bardziej realna. Nie spodziewałam się natomiast Roba, który, jak Cullenowie, będzie miał wszystko, mógł wszystko i wszystko będzie umieć zorganizować i zaplanować w zaskakujących detalach.

Recenzja książki List z powstania – zakończenie

Po pierwsze, to, co miało okazać się końcowym zaskoczeniem, wcale mnie nie zaskoczyło. Podobnie było z drugą połową książki. Podskórnie czułam, że Rob nie jest przypadkową osobą w życiu bohaterek. Co więcej, niektóre zwroty akcji nie miały dla mnie sensu. Tak, jakby zabrakło książki lub pomysłu na zorganizowanie przestrzeni uczuciu dwojga ludzi. Albo w ogóle, jakby pomysł skończył się na pewnym etapie, a pozostałe strony trzeba było czymś zapełnić. Nie rozumiem, po co budować całą akcję, by później w środku całkowicie stracić tempo. A na koniec wrzucić kilka stron, które zmieniły i zmiotły wszystko to, co do tej pory było. Nie, nie mogę tego nazwać zaskoczeniem. Raczej rozczarowaniem i nieumiejętnym pokierowaniem fabuły od pewnych stron. Jakby autorka błądziła po omacku, wiedząc jedynie, jak chce zakończyć tę historię. To oczywiście moje zdanie, takie miałam odczucia.

Recenzja książki List z powstania – podsumowanie

Nadal jestem zdania, że jeśli interesuje Was tematyka powstańcza, czy II Wojny Światowej, lepiej szukać literatury faktu. Wspomnień bohaterów, książek, które powstały na ich bazie, czy historii, które kiedyś, gdzieś wydarzyły się naprawdę i zostały po prostu sfabularyzowane.

Ocena Pauliny
  • 4/10
    Jak mocno książka mnie wciągnęła? - 4/10
  • 5/10
    Jak oceniam styl pisania, język i warsztat autora? - 5/10
  • 4/10
    Czy warto przeczytać tę książkę ponownie? - 4/10
  • 5/10
    Jak oceniam konstrukcję bohaterów? - 5/10
4.5/10

Fragment recenzji

Mimo to historię czytało się lekko, nawet przyjemnie. Budowa poszczególnych postaci była konsekwentna, szczególnie Julia aż do końca była przekonującą bohaterką. Następnie, mniej więcej po tych 150 stronach, powieść, w moim odczuciu, zaliczała już tylko spadek.

Paulina Jaszczurowska