Recenzje

Recenzja: Czarne krowy – Topor Roland

Czarne krowy - Topor RolandCzarne krowy – Roland Topor

Wyobraźcie sobie małą scenę na tle ciemnych kotar, a na niej oświetlonego reflektorem mężczyznę, który bez skrępowania czyni na głos to, co właściwe jest kilkuletnim dzieciom – fantazjuje na dowolne, wywołane skojarzeniami tematy. To rodzaj sztuki raczej mało w Polsce popularny, u nas kabaret sceniczny musi schlebiać najniższym gustom, pełno w nim kopania się w tyłki i słownego obrzucania tortami.

Samotny dziwak na kabaretowej scenie naszej wyobraźni to Roland Topor, autor dłuższych i krótszych historyjek o przeróżnej tematyce, zawsze charakteryzującej się brakiem skrępowania i stawianiem schematów na głowie. Pisarz, dramaturg, rysownik i reżyser polskiego i zarazem żydowskiego pochodzenia urodził się w 1938 roku w Paryżu, w rodzinie Abrama Jechiela Topora, rzeźbiarza wykształconego w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Najbardziej zasłynął powieścią „Chimeryczny lokator”, sfilmowaną przez Romana Polańskiego. Zmarł w roku 1997, na krótko przed śmiercią pisząc zbiór opowiadań, wydany teraz w Polsce przez oficynę Replika pod tytułem „Czarne krowy”.

To krótkie, zaledwie kilkustronicowe opowiadanka, często monologi. Ich narratorzy czegoś się obawiają, coś podpatrzyli, coś zrozumieli opacznie lub czemuś się przeciwstawiają i wiodą czytelnika meandrami swojego surrealistycznego toku myślenia. Jest tu człowiek, który boi się tytułowych czarnych krów, jest człowiek-penis, dorosły, który wyparł sadystyczny epizod z okresu dzieciństwa, maniakalny przyłapywacz oszustw automatycznej sekretarki, czy knajpiany gość, który dietą zredukował się niemal do zera i fruwa po mieście jako własny, żądny aromatów nos. W światku bohaterów Topora wszystko jest możliwe, wszystko szokujące i spuszczające powietrze z burżuazyjnej sytości Zachodu. Zaiste, gdyby ktoś śmiał zmierzyć się z monologiem wewnętrznym człowieka-dupy lub człowieka-kupy, byłby to tylko Roland Topor. On już jednak tego dla nas nie napisze i nie narysuje. Dlatego warto się cieszyć tym, co jest i zmierzyć się choćby z „ponurym, beznamiętnym i ocienionym firanką rzęs okiem” czarnej krowy.