Czytelnia

Fragment: Znaki szczególne – Paulina Wilk

Znaki szczególne - Paulina Wilk

Kilka dni temu na rynek wydawniczy trafiła najnowsza książka Pauliny Wilk, autorki nagradzanego debiutu „Lalki w ogniu. Opowieści z Indii”. Nowa pozycja pisarki – „Znaki szczególne” – została wydana nakładem Wydawnictwa Literackie. Zapraszamy do zapoznania się z książką oraz jej fragmentem.

Znaki szczególne - Paulina Wilk  Znaki szczególne – Paulina Wilk

„Znaki szczególne” to prywatny zapis dorastania w czasie demokratycznych przemian. Osobista i poruszająca historia do rodzinnego czytania. Współczesna Polska ujęta w autobiograficznej opowieści trzydziestolatki, która razem z rówieśnikami przeżywała zachwyty i rozczarowania nową rzeczywistością.

Ukształtowani w okresie gwałtownych przemian i entuzjastycznej atmosferze wolności, stworzyli różnorodne pokolenie. Autorka, jak wszystkie dzieci transformacji, nosi własne znaki szczególne.

Od lat osiemdziesiątych XX wieku do dziś. Od socjalistycznych podwórek do open space i przestrzeni wirtualnej. Od pożyczanych rowerów i kapsli do kupionych na kredyt mieszkań i samochodów. Od pomysłowych zabaw na dywanie do schematycznych zadań w koncernach. I od baśniowej wizji demokracji do realnej, gorzkiej polityki.

„Znaki szczególne” są zapisem dorastania w wolności, która także dzieciom i nastolatkom postawiła zaskakujące wyzwania. Ostatni obywatele PRL, a jednocześnie pierwsi obywatele wolnej Polski – są generacją szczególną. Przecięci na pół, starzy i nowi zarazem. Wychowani w poczuciu równości i oswojeni z niedostatkiem, ale dorastający w atmosferze rywalizacji i wielkich szans. Nie w pełni nowocześni, bo także nieco staromodni.

Fragment książki:

1

Ekspres Moskwa–Berlin

Ostatni wagon przeleciał z hukiem. Wybiegliśmy na tory. Złapał nas jeszcze ciągnący się za pociągiem ciepły wiatr, pachniał zrudziałymi podkładami i suchym pyłem. Z tornistrami na plecach i workami na kapcie zwisającymi z nadgarstków łaziliśmy po kamieniach, wypatrując złotówki. Leżała między kamieniami na nasypie. Spłaszczona, lekko wygięta, ale niezupełnie gładka — z widoczną wciąż cyfrą „jeden” i plecionymi listkami wokół. Kładliśmy ją więc znów na szynie i bawiliśmy się, skacząc po podkładach, aż do następnego pociągu. Do chwili, gdy dzwonki na przejeździe zaczynały hałasować, a ich czerwone ślepia mrugały niewyraźnie, tylko trochę rozjaśniając pokryte kolejowym brudem reflektory. Wiedzieliśmy, że mamy dość czasu — pociąg dopiero wyłonił się zza zakrętu kilka kilometrów dalej.

Powoli odchodziliśmy w krzaki, jedynie chudy Piotrek zostawał do ostatniej chwili. Przykładał ucho do szyn i słuchał narastającego syczenia. Śmiał się szczerbatą opaloną buzią i wreszcie biegł do nas. Patrzyliśmy, jak pierwsze koła uderzają w monetę, i po wszystkim każdy przysięgał, że widział dokładnie, jak mignęła, wylatując w górę, w bok, na prawo, na skos.

Niewiele dla nas znaczyła — coraz cieńsza, coraz gładsza złotówka, leciutka, zrobiona z aluminium. Jakby właśnie tyle była warta: chwilę zabawy po szkole, w pół drogi na osiedle. Złotówkę pod pociąg mógł dać każdy, choćby Piotrek, który trzeci rok nosił ten sam sweter, z dawno za krótkimi rękawami. Złotówkę wysupłałby ze swoich cuchnących dresów nawet Benek — dobroduszny facecik odgrywający rolę lokalnego pośmiewiska. Mieszkał niedaleko plebanii, mówił z trudem, ale uwielbiał liczyć. W każdą niedzielę dyżurował przed kościołem, niczym drogowskaz, i przeliczał wiernych przychodzących na mszę. W tygodniu stawał przy przejeździe i czekał na pociągi. Liczył im wagony, mamrocząc pod nosem, albo patrzył tylko, z uniesionym podbródkiem, gospodarską powagą i powykrzywianymi rękoma założonymi z tyłu, na plecach. Jakby to właśnie dzięki temu jego doglądaniu pociągi przyjeżdżały na czas, nie zbaczając z toru i nie gubiąc żadnego z wagonów. Potem stał jeszcze chwilę, odwracał się, ciągnąc ciężko nogę, i odchodził, kuśtykając.

A my, gdy już się dość z niego naśmialiśmy, mówiliśmy „do widzenia!” i szukaliśmy swojej złotówki, tak lekkiej, że upuszczona na chodnik nie wydawała nawet brzdęku.

Najlepiej miażdżył monety ekspres Moskwa–Berlin, który przejeżdżał po trzeciej po południu. To był w ogóle najlepszy pociąg, najważniejszy. Mijał nas najszybciej i najbardziej obojętnie, z taką gwałtownością i powagą, że odsuwaliśmy się od torów dalej niż zwykle. Śledziliśmy wagony, wypatrując sypialnych i kuszetek opisanych w obcych językach. Na tym ekspresie najlepiej też było wróżyć. Zaczynaliśmy od lokomotywy: „szczęście, nieszczęście, paczka, list…”. Jeśli słowo „nieszczęście” padło na ostatni wagon, robiło się nieswojo. Każda inna możliwość była zadowalająca: szczęście, paczka i list. Wszystkie fantastyczne i równie nieosiągalne dla kilkuletniego dziecka.

Mówiliśmy: „O, jedzie Moskwa–Berlin!”, bez względu na to, w którą stronę pędził — na wschód czy na zachód. Wtedy, w połowie lat osiemdziesiątych, punkt ciężkości naszego świata leżał jeszcze w Związku Radzieckim, więc to jemu dawaliśmy pierwszeństwo. Zresztą na wschód jeździł zwykle szybciej, jakby miał tam coś pilnego do załatwienia. A wracał wolniej, gdy już wszystko się zdarzyło i chciał tylko dotelepać się do Warszawy, przystanąć i odetchnąć. Machaliśmy pasażerom stojącym w korytarzach, jak się macha jakimś wielkim, ważnym sprawom. Nie marzyliśmy o dalekich podróżach. Jeszcze nie. Na razie mieliśmy inne granice do przekroczenia. Te najważniejsze, codzienne — tory oraz szosę.

Z jednej strony byliśmy my — dzieci z rodzin wojskowych, mieszkające w blokach za okalającym osiedle murem i nieistniejącym od dawna, ale żywym w pamięci biurem przepustek. Z drugiej — oni, cywile. W domach jednorodzinnych, z ogródkami i psami w budach, prywatnymi warsztatami, pokojami na piętrze i własnymi piecami. Rozdzielały nas tory, a także szosa z kierunkowskazami na Warszawę i Terespol. Oni nazywali nas „poligonem”, my mówiliśmy o nich: „za torami”. My mieliśmy za plecami potężną jednostkę wojskową, koszary, park wozów bojowych i leśny poligon. Oni — gęstniejącą sieć dróg biegnących ku wielkiemu miastu.

To my mieszkaliśmy po „złej” stronie torów, na fundamentach carskich koszar, a naszą militarno-polityczną obecność reszta miasteczka znosiła w niechętnym milczeniu od blisko pół wieku. Czasem w głosie którejś nauczycielki albo mamy kolegi dało się słyszeć ton wyższości, pretensji, może nawet odrazy, ale na co dzień nie odczuwaliśmy różnic, bo łączyło nas akurat tyle, ile obu stronom było potrzebne.

U nas był dobrze zaopatrzony sklep, ze świeżym pieczywem z wojskowej piekarni i regularnymi dostawami mięsa, po które przychodzili ludzie zza torów. Ale po warzywa szło się do nich — do sklepu Brudnej Cześki, gdzie wypacykowane ekspedientki, podobne do siebie jak rodzone siostry, obsługiwały klientów migiem, ładując ziemniaki i ogórki brudnymi dłońmi o pomalowanych jaskrawo paznokciach. Podobno doliczały tu i tam po kilka gramów na swoją korzyść, ale długo nie miały konkurencji, szczególnie gdy chodziło o przedświąteczne pomarańcze.

Rywalki nie miała też nasza sala kinowo-widowiskowa w klubie garnizonowym, pachnącym lakierowanym parkietem i świeżo mieloną kawą. Ludzie z miasteczka schodzili się na Kopalnie króla Salomona, Krokodyla Dundee, Wejście smoka, recitale Krystyny Prońko, Krzysztofa Krawczyka czy Alicji Majewskiej i siadali w rozkładanych czerwonych fotelach. Najwyższe rzędy zajmowali zwykle poborowi, w nieświeżych mundurach moro, ryczący radośnie przy byle okazji.

Kino radziło sobie nieźle, dając po dwa seanse w weekend, od Przeminęło z wiatrem po Przesłuchanie. Padło dopiero wraz z głębokimi przeobrażeniami, pod naporem wielkomiejskiej konkurencji.

Przychodnie mieliśmy osobne — jedną w jednostce, drugą za torami — ale pediatrę wspólnego. Doktor Stawski i jego śliczna płaska pieczątka, którą chował w srebrnym pudełeczku, wędrowali regularnie w tę i z powrotem, dyżurując po obu stronach rzeczywistości. Z ostemplowanymi receptami chodziłyśmy z mamą jednak daleko za tory, aż pod szkołę, gdzie na ulicy Aptecznej stała jedyna w okolicy apteka. Pachniała mieszanką strachu i ulgi, rozbrzmiewała stukotem drewniaków na posadzce i hukiem szuflad wypełnionych lekarstwami w brzydkich, złowrogich opakowaniach. W drodze powrotnej dostawałam na pocieszenie małą torebkę z vibovitem i sumiennie wylizywałam żółty, słodko-szczypiący proszek.

To na naszym osiedlu działała największa sezonowa atrakcja — odkryty basen. Przychodziły do niego tłumy. Był zbiornik główny, z wieżą i trampoliną do skoków, wypełniony ciemnozieloną i lodowatą wodą, oraz położony na skarpie brodzik dla dzieci, gęsto pokryty spadającymi z drzew brzozowymi listkami. Wylegiwaliśmy się tam w weekendy całymi rodzinami, na wypalonej słońcem trawie. Staliśmy w kolejkach do rozgrzanych upałem drewnianych przymierzalni. Zjadaliśmy kanapki, popijaliśmy ciepłym gazowanym ptysiem o smaku pomarańczowym i pędziliśmy znów do wody. Najlepsze były niedzielne popołudnia, gdy basen pustoszał, a rodzice schodzili do kawiarni klubu garnizonowego i siadali przy stolikach na tarasie. My, z mokrymi jeszcze włosami, przełaziliśmy przez otwarte okna i wpatrywaliśmy się w stojące w przeszklonej chłodziarce butelki coca-coli. Piliśmy po troszeczku, dawkując sobie radość w wąskich literatkach. Napychaliśmy buzie słonymi paluszkami i zalewaliśmy słodkim, gazowanym płynem. Nie było większej pyszności. Ani po naszej, ani po tamtej stronie torów nikt nigdy nie miał w ustach niczego lepszego.

Jeśli nie liczyć lodów gałkowych o smaku śmietankowym, czekoladowym i truskawkowym, po które gnaliśmy wszyscy do cukierni w niedziele, zaraz po letniej mszy. Kościół i cukiernia mieściły się w tamtej części miasta. Kościół stał na górce. Był prosty, ceglany i nieotynkowany, co nadawało mu ascetyczną powagę. Z początku nie wiedziałam, jak wygląda w środku. Intensywne barwy — pomarańcze i czerwienie wymalowane przez Jerzego Nowosielskiego — smukłe sylwetki apostołów i opiekuńczo rozłożone ramiona smutnej Matki Boskiej zahipnotyzowały mnie nieco później, gdy już było wolno. Zostałam ochrzczona w dalekim mieście, a do późnych lat osiemdziesiątych na msze jeździliśmy często do innej miejscowości, żeby oszczędzić tacie nieprzyjemności w sztabie.

Latem pędziliśmy z bratem spod dzwonnicy długą ulicą aż pod cukiernię i zasapani zajmowaliśmy miejsce w kolejce. Rodzice dołączali spokojnym krokiem, niosąc termos. Pełen lodów i kategorycznie przez mamę zakręcony stał potem na kuchennym parapecie, nietykalny aż do popołudnia, gdy niewielkie porcje lądowały w bladoróżowych pucharkach, obsypane wiórkami kokosowymi. Czemu zawsze tak się po te lody spieszyliśmy? Chyba z obawy, że dla nas nie wystarczy. Że zabraknie.

Paweł Mieczkowski