Czytelnia

Fragment: Zabić gołębia – Stephen Kelman

Zabić gołębia - Stephen Kelman

Czytujecie książki wydawane nakładem Wydawnictwa Drzewa Babel? Mamy do zaproponowania fragment książki wspomnianego wydawcy. Zachęcamy do zapoznania się z książką „Zabić gołębia” oraz jej fragmentem.

Zabić gołębia - Stephen Kelman  Zabić gołębia – Stephen Kelman

Świeżo przybyły z Ghany jedenastoletni Harrison Opoku mieszka z matką i starszą siostrą na dziewiątym piętrze wieżowca w jednym z londyńskich blokowisk. Zupełnie nieświadomy czyhających na niego zagrożeń Harri, wicemistrz swojej klasy w sprincie, pędzi przez nowe życie w butach z trzema paskami Adidasa własnoręcznie namalowanymi czarnym flamastrem.

Równie zafascynowany osiedlowym gangiem, co gołębiem przysiadającym na jego balkonie, Harri przyswaja sobie wiele osobliwych elementów nowego życia w Anglii: obserwuje, słucha i uczy się sztuczek umożliwiających przetrwanie w miejskiej dżungli.

Kiedy jednak na głównej ulicy osiedla, od ciosów nożem ginie chłopiec, i policka apeluje o zgłaszanie się świadków, zapada zmowa milczenia. Harri postanawia wszcząć własne śledztwo. W ten sposób nieświadomie naraża kruchy kokon bezpieczeństwa, jakim matka otoczyła rodzinę.
Zabić gołębia, historia zderzenia niewinności z przemocą, nadziei z brutalnością świata, ukazuje przejmujący portret chłopca u progu dorosłości.

Fragment książki:

Krew. Wszędzie na ziemi przed barem Chicken Joe’s. Jest ciemniejsza, niż by się myślało. Po prostu obłęd.

Jordan: Dam ci milion funtów, jak dotkniesz.

Ja: Nie masz miliona.

Jordan: No to funta.

Chciałoby się dotknąć, ale nie dawało rady podejść dość blisko. Dojście zagradzała policyjna taśma:

PRZEJŚCIA NIE MA

Jeśli przekroczysz tę linię, zamienisz się w proch.

Nie wolno było rozmawiać z policjantem, żeby go nie rozpraszać na wypadek, gdyby zabójca miał wrócić. Widziałem, że ma kajdanki przy pasku, ale broni nie widziałem.

Mama zmarłego chłopca pilnowała tej krwi. Wyraźnie chciała, żeby krew tam zostawić. Deszcz chciał spaść i zmyć krew, ale ona mu nie dawała. I nawet nie płakała. Stała sztywno z groźną miną, zupełnie jakby jej obowiązkiem było odpędzanie deszczu z powrotem do nieba. Nadleciał gołąb i zaczął rozglądać się za czymś do jedzenia. Szedł prosto w krew. Nawet też był smutny, miał takie różowe oczka i martwe spojrzenie.

Kwiaty już oklapły. Obok leżały fotografie zmarłego chłopca w szkolnym mundurku. W zielonym pulowerze.

Mój jest niebieski. Mój mundurek jest lepszy. Jedyna niedobra rzecz, to krawat, za bardzo drapie. Nie cierpię, jak krawat drapie.

Zamiast zniczy stały puszki z piwem, a koledzy zmarłego chłopca zostawiali mu kartki. Wszyscy pisali, że był dobrym kolegą. Niektórzy robili błędy ortograficzne, ale mi to nie przeszkadzało. Jego korki związane sznurowadłami wisiały na ogrodzeniu. Prawie nowe Nike z kołkami z prawdziwego metalu i w ogóle.

Jordan: Mam je zwinąć? Jemu już niepotrzebne.

Udałem, że nie słyszę. Jordan tak naprawdę to by ich nie ukradł, były milion razy za duże. Wyglądały smętnie, kiedy tak wisiały. Chciałbym móc je nosić, ale wcale by nie pasowały.

Ja i ten zmarły chłopiec byliśmy tylko półkolegami, nie widywałem go za często, bo był starszy i nie chodził do mojej szkoły. Umiał jeździć bez trzymanki, ale nawet nikt mu nie życzył, żeby spadł z roweru. W myśli zmówiłem modlitwę. Modlitwa była krótka: przykro mi. Nic innego nie mogłem sobie przypomnieć. Wyobrażałem sobie, że jak będę z całej siły wpatrywał się w tę krew, to ona się ruszy i wróci w postaci chłopca. Mógłbym go w ten sposób przywrócić do życia. Coś takiego się kiedyś zdarzyło. Tam, gdzie przedtem mieszkałem, był wódz i on przywrócił do życia swojego syna. To było dawno, jeszcze zanim się urodziłem. Asweh , prawdziwy cud. Tym razem jednak nie udało się. Dałem mu swoją gumową piłeczkę. Nie jest mi już potrzebna. Mam jeszcze pięć pod łóżkiem. Jordan położył tylko kamyk, który znalazł na ziemi.

Ja: To się nie liczy. Musisz dać mu coś, co należało do ciebie.

Jordan: Nic nie mam. Nie wiedziałem, że trzeba przynieść prezent.

Dałem Jordanowi truskawkowy żelek, żeby miał dla zmarłego chłopca, potem pokazałem mu, jak się przeżegnać. Razem się przeżegnaliśmy. Nie odzywaliśmy się. Czuliśmy nawet, że to coś ważnego. Biegliśmy całą drogę do domu. Łatwo wygrywam z Jordanem. Mogę wygrać z każdym. Jestem najszybszy w naszej klasie. Po prostu chciałem uciec, zanim śmierć nas dogoni.

Domy są tu wszędzie potężne. Mój wieżowiec jest wysoki jak latarnia morska w Jamestown. W jednym rzędzie stoją trzy wieżowce: Luksemburg, Sztokholm i Kopenhaga. Ja mieszkam w bloku Kopenhaga. Moje mieszkanie jest na dziewiątym z czternastu pięter. To nawet nie jest takie przerażające. Mogę teraz wyglądać przez okno i już mi się w brzuchu nie przewraca. Uwielbiam jeździć windą. Masakra, zwłaszcza jak się jedzie samemu. Można się bawić w ducha albo szpiega. Ona tak szybko jedzie, że nawet nie czuje się zapachu sików.

Nieźle wieje na samym dole, robi się tam coś jakby wir. Stoisz pod blokiem, rozkładasz ramiona i możesz udawać, że jesteś ptakiem. Czujesz, że wiatr próbuje cię unieść do góry, prawie jakbyś latał.

Ja: Szerzej ręce!

Jordan: Szerzej się nie da! Pedalstwo jakieś, ja mam dość!

Ja: Żadne pedalstwo, właśnie genialne!

Asweh, to najlepszy sposób, żeby poczuć, że żyjesz. Tyle tylko, że nie chcesz, żeby cię wiatr porwał,

bo nie wiesz, gdzie cię upuści. Może w krzaki, czasem w morze.

W Anglii mają na wszystko cholernie dużo różnych słów. Chodzi o to, że jak zapomnisz jakiegoś słowa, to zaraz masz jakieś inne. To bardzo pomaga. Ciota, dupek, frajer – wszystko znaczy to samo. Sikać, lać, siurać – też wszystko to samo (to samo, co iść w pewne miejsce). Jest milion słów na siusiaka. Wiecie, co usłyszałem od Connora Greena, jak tylko zacząłem chodzić do nowej szkoły?

Connor Green: Masz przyjaciela?

Ja: Tak.

Connor Green: Jesteś pewien, że masz przyjaciela?

Ja: Tak.

Connor Green: Ale całkiem pewien?

Ja: Chyba tak.

Ciągle mnie pytał, czy mam przyjaciela. Bez przerwy. Wreszcie zaczęło mnie to złościć. I w końcu nie byłem pewien. Connor Green śmiał się, nawet nie wiedziałem dlaczego. Wtedy Manik powiedział mi, że to taki kawał.

Manik: On cię nie pyta, czy masz przyjaciela, pyta, czy masz penisa. Mówi tak każdemu. To tylko kawał.

Brzmi jak przyjaciel, a naprawdę znaczy penis.

Ha! Penis.

Connor Green: Mam cię! Połknąłeś haczyk!

Connor Green zawsze robi kawały. Po prostu lubi ściemniać. To pierwsza rzecz, jakiej się o nim dowiadujesz. W każdym razie ja nie przegrałem. Mam penisa. Kiedy wszystko się zgadza, to nie ma kawału.

Niektórzy na balkonach suszą bieliznę albo hodują rośliny. Ja z mojego obserwuję helikoptery. Trochę się kręci w głowie. Trudno stać tam dłużej niż minutę, bo można zamienić się w sopel lodu. Widziałem raz z góry X-Fire’a, pisał swoje imię na murze Sztokholmu. Nie wiedział, że go widzę. Był naprawdę szybki, a mimo to litery wyszły mu super. Ja też bym chciał napisać swoje imię takimi dużymi literami, ale farba w sprayu jest bardzo niebezpieczna, bo jak się nią pomażesz, to nigdy nie schodzi i nawet zostaje na zawsze.

Małe drzewka siedzą tu w klatkach. Stawia się klatkę wokół drzewka, żeby go nie ukradli. Asweh, kompletny obłęd. Kto by chciał ukraść drzewko? Kto by zaciukał chłopca, żeby zabrać mu porcję kurczaka z baru Chicken Joe’s?

Asweh – „jak słowo daję” w slangu używanym przez Brytyjczyków pochodzących z Ghany [przyp. tłum.].

Paweł Mieczkowski