Książka

Fragment: Trzy sypialnie, jeden trup – Charlaine Harris

Trzy sypialnie, jeden trup - Harris Charlaine Harris

Czytelnicy w końcu doczekali się wydania trzeciej książki z cyklu „Aurora Teagarden” autorstwa Charlaine Harris (poprzednie tytuły z serii: „Prawdziwe morderstwa” i „Kości niezgody„, cykl liczy w sumie 8 książek). Książka trafiła do sprzedaży w styczniu 2014 nakładem Wydawnictwa Replika.

Zachęcamy do zapoznania się z książką i jej fragmentem.

Trzy sypialnie, jeden trup - Charlaine Harris Trzy sypialnie, jeden trup – Charlaine Harris

Bystra detektyw amator znowu na tropie zagadki kryminalnej i… własnych marzeń!
Aurora Teagarden – sympatyczna okularnica i była bibliotekarka z niewielkiego miasteczka Lawrenceton w stanie Georgia – właśnie próbuje swoich sił w handlu nieruchomościami. Jej debiut w branży spokojnie można nazwać spektakularnym: kiedy oprowadza klientów swojej matki po zjawiskowym domu Andertonów, w jednej z trzech mieszczących się na piętrze sypialni odkrywa półnagie zwłoki kobiety. W kręgu podejrzanych o morderstwo nagle znajdują się wszyscy pośrednicy w Lawrenceton… i nie tylko.

Roe ma także inne zmartwienia na głowie. Usiłuje sprzedać odziedziczony po starszej koleżance dom, który – bo przecież nie mogłoby być inaczej! – znajduje się vis a vis mieszkania byłego faceta Roe, i znaleźć sobie lokum jak najdalej od Arthura, jego żony i córki. Do tego, choć Aurora od kilku miesięcy spotyka się z Aubreyem, nagle traci grunt pod nogami, gdy jej oczy napotykają brązowe spojrzenie nowego klienta matki, niejakiego Martina…
Wciągający kryminał retro z wątkiem romansowym w tle!

Fragment książki:

Moja kariera w branży obrotu nieruchomościami była krótka i nieoficjalna, ale nie można jej nazwać spokojną. Zaczęła się w lobby Eastern National Bank o dziewiątej trzydzieści, w zwykły dzień, w towarzystwie mojej matki zerkającej na jej maleńki, drogi, złoty zegarek.

— Nie wytrzymam — powiedziała z kontrolowaną irytacją.

W ocenie mojej matki osoby, które spóźniały się na spotkania z nią, były indolentne, a zderzenie się z takim brakiem szacunku — niemal nie do zniesienia. Oczywiście obecna sytuacja nie była jej winą.

— To ci Thompsonowie! — rzuciła z furią. — Zawsze się spóźniają! Powinni tu być czterdzieści pięć minut temu! Żeby się spóźniać na sfinalizowanie sprzedaży własnego domu!

Popatrzyła na ten swój malutki, elegancki zegarek, jakby siłą woli mogła przestawić wskazówki. Jej szczupłe nogi podrygiwały ze zniecierpliwienia, a stopa obuta w granatowe czółenko postukiwała w podłogę. Gdy wstanie, w podróbce orientalnego dywanu leżącego w banku pewnie będzie widniała dziura.

Siedziałam obok niej w fotelu, który zwolniłabym dla pani Thompson, kiedy, i jeśli w ogóle, by się pojawiła. Para, która spóźniała się na spotkanie z Aidą Brattle Teagarden-Queensland w sprawie sprzedaży własnego domu, była po prostu niesamowita. Thompsonowie albo mieli masę brawury, albo tyle pieniędzy, że dawały im one niezniszczalną zbroję pewności siebie.

— Gdzie się spóźnisz? — Z zazdrością patrzyłam na jej skrzyżowane nogi. Moje nigdy nie będą na tyle długie, żeby wyglądać elegancko. Właściwie to siedząc, nawet nie dotykałam stopami podłogi. Zanim matka odpowiedziała na moje pytanie, pomachałam do dwojga znajomych. Takie było Lawrenceton. Całe życie mieszkałam w tym małym miasteczku w Georgii i pewnie zostanę tu na zawsze. Prędzej czy później dołączę do moich pradziadków na cmentarzu Shady Rest.

Większość dni pozostawiała po sobie ciepłe, łagodne wspomnienia; to cześć tej starej, południowej rzeki życia.

Czasami doprowadzało mnie to szału.

— Do Bartellów. On jest inżynierem rolnictwa, przyjechał z Illinnois do pracy w Pan-Am Agra. Szukają „naprawdę miłego domku”. Mieliśmy się spotkać, żeby obejrzeć dom Andertonów. Właściwie oni już tam byli, albo on tam był, nie znam szczegółów. Od trzech miesięcy mieszka w motelu i załatwia swoje sprawy z Pan-Am Agra, a teraz ma czas, żeby spokojnie poszukać domu. Rozpytywał o najlepszego pośrednika w mieście… i wczoraj wieczorem zadzwonił do mnie. Pięknie przeprosił za to, że dzwoni na prywatny numer, ale nie sądzę, żeby choć trochę się tym przejmował. Wiem, że w Greenhouses byli pewni, że go dostaną, skoro kuzynka Donniego jest jego sekretarką. A ja się spóźnię.

— Och — westchnęłam, teraz pojmując głębię rozgoryczenia mojej matki. Miała wspaniałe propozycje dla wspaniałego klienta, a spóźnić się na przedstawienie jednych drugiemu oznaczało zawodową katastrofę.

Dom Andertonów był niezłą gratką w tym małym miasteczku, w którym praktycznie nie istniał zwyczaj zgłaszania nieruchomości do kilku agencji. Jeśli matce udałoby się go szybko sprzedać, byłby to kolejny liść do jej laurowego wieńca chwały (jakby jej wieniec potrzebował dodatkowych ozdób) i oczywiście dobra prowizja. Dom Andertonów spokojnie można by nazwać posiadłością Andertonów. Mandy Anderton, obecnie mężatka mieszkająca w Los Angeles, była moją koleżanką z dzieciństwa, i byłam u niej na kilku przyjęciach. Pamiętam, jak starałam się nie otwierać ust, żeby nie wyglądać na tak bardzo oszołomioną.

— Posłuchaj — powiedziała matka, nagle podejmując jakąś decyzję. — Pojedziesz za mnie na spotkanie z Bartellami.

— Co?

Obrzuciła mnie spojrzeniem raczej biznesowym niż matczynym.

— To ładna sukienka; ten rdzawy kolor ci pasuje. Twoje włosy wyglądają dobrze, nowe okulary również prezentują się świetnie. I masz piękny żakiet. Masz tu teczkę z danymi i jedź tam. Auroro… proszę.

Ten przymilny ton nie pasował do mojej matki, która wyglądała jak Lauren Bacall i zawsze zachowywała się stosownie do swojej pozycji pośredniczki odnoszącej wielkie sukcesy w handlu nieruchomościami.

— Mam ich po prostu oprowadzić? — spytałam, z wahaniem biorąc teczkę i ześlizgując się z fotela obitego niebieską skórą. Moje olśniewające, całkiem nowe, rdzawo-brązowe zamszowe czółenka wreszcie dotknęły podłogi. Byłam ubrana tak hmm… dyskretnie, ponieważ dziś był trzeci dzień, jak chodziłam za moją matką, aby uczyć się zawodu, podczas gdy nocami uczyłam się do egzaminu na licencję pośrednika w handlu nieruchomościami. Właściwie to spędzałam ten czas śniąc na jawie. O wiele bardziej wolałabym szukać domu dla siebie. Ale matka wykazała sprytnie, że jeśli będę w biurze, jako pierwsza dowiem się praktycznie o każdym domu, który pojawi się na rynku.

Spotkanie z Bartellami mogło być znacznie ciekawsze niż obserwowanie, jak matka i jakiś bankier przedzierają się przez nieskończoną liczbę papierów dokumentujących sprzedaż domu.

— Tylko do mojego przyjazdu — zaznaczyła matka. — Nie masz licencji agenta, więc nie możesz pokazać im domu. Po prostu otworzysz drzwi i będziesz miła, dopóki nie przyjadę. Wyjaśnij im, proszę, sytuację, tyle tylko, żeby wiedzieli, że to nie moja wina, że mnie tam nie ma. Tu masz klucz. Wczoraj ten dom pokazywało Greenhouse Realty, ale dziś rano ktoś od nich musiał oddać klucz Patty, bo gdy sprawdzałam, był na tablicy.

— Okay — powiedziałam zgodnie.

Niepokazywanie bogatej parze pięknego domu jawiło mi się jako znacznie bardziej interesujące niż siedzenie w bankowym lobby.

Wepchnęłam papiery do torebki, wzięłam klucz do domu Andertonów i mocno chwyciłam teczkę z dokumentami.

— Dzięki — znienacka rzuciła matka.

— Jasne.

— Jesteś naprawdę śliczna — stwierdziła niespodziewanie. — A te wszystkie nowe ubrania są znacznie lepsze niż twoja stara garderoba.

— No… dzięki.

— Odkąd pojawił się ten film z Mary Elizabeth Mastrantonio twoje włosy wydają się ludziom raczej modne niż rozczochrane. I — kontynuowała ten bezprecedensowy ciąg pochwał — zawsze zazdrościłam ci piersi.

Uśmiechnęłam się do niej.

— Nie wyglądamy jak matka i córka, no nie?

— Wyglądasz jak moja matka, nie jak ja. Była wspaniałą kobietą.

Moja matka zadziwiła mnie dwa razy w ciągu jednego poranka. Ona po prostu nie mówiła o przeszłości. Żyła tu i teraz.

— Dobrze się czujesz? — spytałam nerwowo.

— Tak, spokojnie. Po prostu dziś rano zauważyłam więcej siwych włosów.

— Porozmawiamy później. Lepiej już pojadę.

— Rany boskie, tak! Zabieraj się tam!

Matka znów popatrzyła na zegarek.

***

Na szczęście umówiłam się z matką w banku, a nie w jej biurze, więc miałam swój samochód. Dotarłam do Andertonów na tyle wcześnie, żeby zaparkować moje praktyczne, małe auto na krawężniku tak, by nie psuło widoku.

Dwa miesiące temu, gdy zmarł stary pan Anderton, Mandy Anderton Morley (jego jedyna spadkobierczyni) przyleciała z Los Angeles na pogrzeb, a następnego dnia wystawiła dom na sprzedaż. Pozbyła się ubrań ojca z głównej sypialni, opróżniła wszystkie szafy, ich zawartość zapakowała w pudła, które wysłała do swojego domu, po czym wróciła do swojego bogatego męża. Meble zostały na miejscu, a Mandy poleciła mojej matce, by negocjowała z kupcami nabycie całości bądź części umeblowania. Mandy nigdy nie była sentymentalna.

Kiedy więc otworzyłam podwójne drzwi frontowe i sięgnęłam do włącznika światła w chłodnym, wysokim na dwa piętra holu, dom wyglądał tak niesamowicie, jak wtedy, gdy byłam dzieckiem. Zostawiłam drzwi otwarte, żeby się trochę przewietrzyło i stałam tuż za progiem, spoglądając w górę na żyrandol, który tak mnie urzekał, gdy miałam jedenaście lat. Byłam pewna, że od tego czasu wymieniono dywan, ale miał chyba taki sam kremowy kolor, który sprawiał, że byłam strasznie świadoma każdego pyłku na swoich butach. Na marmurowym stole naprzeciwko drzwi błyszczały jaskrawe kwiaty z jedwabiu. Gdy obeszło się ten stół, dochodziło się do szerokiej klatki schodowej, która prowadziła do rozległego podestu z podwójnymi drzwiami będącymi odbiciem drzwi frontowych poniżej. Pobiegłam, żeby włączyć ogrzewanie, by dom nie był tak wyziębiony, w czasie gdy nie będę go pokazywać, i wróciłam, żeby zamknąć drzwi frontowe. Pstryknęłam włącznikiem i zapaliłam żyrandol.

Miałam dość pieniędzy, by kupić ten dom.

Ta myśl wywołała u mnie dreszcz przyjemności. Wyprostowałam kręgosłup.

Oczywiście wkrótce po zakupie poszłabym z torbami — podatki, elektryczność itd. — ale faktycznie mogłam zapłacić żądaną sumę.

Moja przyjaciółka — cóż, tak naprawdę, miła znajoma — Jane Engle, stara, bezdzietna kobieta, zostawiła mi wszystkie swoje pieniądze, ruchomości i nieruchomości. Zmęczona pracą w bibliotece w Lawrenceton, rzuciłam ją; zmęczona mieszkaniem w szeregu domów należących do mojej matki, którymi zarządzałam, zdecydowałam się na kupno własnego. Dom Jane, który obecnie był moją własnością, po prostu nie był tym, czego potrzebowałam. Po pierwsze, nie było tam wystarczająco dużo miejsca na nasze połączone zbiory literackie dotyczące prawdziwych i fikcyjnych przestępstw. Po drugie, po przeciwnej stronie ulicy mieszkał mój były kochanek, detektyw Arthur Smith, wraz ze swoją niedawno poślubioną małżonką, Lynn, i ich córką Lorną.

Tak więc szukałam domu dla siebie, miejsca, które byłoby tylko moje, z którym nie wiązałyby się wspomnienia ani szarpiący nerwy sąsiedzi.

Parsknęłam śmiechem, gdy wyobraziłam sobie, jak w jadalni Andertonów jem tuńczyka z puszki i krakersy serowe.

Usłyszałam, że na wysypany żwirem, półokrągły podjazd wtacza się jakiś samochód. Bartellowie przyjechali nieskazitelnie czystym, białym mercedesem. Wyszłam na wielki ganek frontowy (o ile budowlę z kamiennymi kolumnami można nazwać gankiem) i powitałam ich uśmiechem. Przejmująco wiało, więc szczelniej owinęłam się swoim cudownym, nowym, puszystym żakietem. Poczułam, jak wiatr szarpie mi włosy i zdmuchuje je na twarz. Stałam u szczytu frontowych schodów patrząc, jak pan Bartell pomaga żonie wysiąść z samochodu. Potem popatrzył na mnie.

Nasze oczy się spotkały. Po elektryzującej chwili zamrugałam i pozbierałam się.

— Jestem Aurora Teagarden — oznajmiłam i zaczekałam na nieuniknione. Oczywiście, elegancka, ciemna pani Bartell nie powstrzymała chichotu. — Moją matkę coś zatrzymało, za co bardzo przeprasza i poprosiła mnie, żebym się z państwem spotkała i wstępnie pokazała dom. Jest tu wiele do oglądania.

Proszę, matka byłaby ze mnie dumna.

Pan Bartell mógł mieć około czterdziestu pięciu lat, przedwcześnie pobielałe włosy i mocną, interesującą twarz. Miał na sobie garnitur, który — nawet ja mogłam to poznać — kosztował majątek. Jego oczy, których bardzo starałam się unikać, były w najjaśniejszym odcieniu brązu, jaki kiedykolwiek widziałam.

— Panno Teagarden, jestem Martin Bartell — powiedział głosem człowieka nawykłego do wydawania poleceń. — A to moja siostra, Barbara Lampton.

— Barby — z dziewczęcym uśmiechem oznajmiła Barbara Lampton.

Pani Lampton miała może ze czterdzieści lat, była szeroka w biodrach, ale bardzo umiejętnie to maskowała, i nie wyglądała na szczególnie uszczęśliwioną faktem, że jest w Lawrenceton w Georgii, z populacją na poziomie piętnastu tysięcy mieszkańców.

Prawie w ogóle nie uniosłam brwi (w końcu moja matka chciała sprzedać ten dom). Barby, która śmiała się z Aurory? I mimo wszystko nie była panią Bartell… Czy to naprawdę jego siostra?

— Miło mi państwa poznać — stwierdziłam neutralnie. — Dobrze… tak naprawdę nie będę państwu pokazywać tego domu, nie jestem licencjonowaną pośredniczką, ale mam przy sobie opis, gdyby mieli państwo jakieś pytania, i znam układ oraz historię tego miejsca.

Mówiąc to, odwróciłam się i ruszyłam przed panem Bartellem, zanim mógł zadać pytanie, czym przedstawiona przeze mnie perspektywa różni się od pokazywania domu.

„Barby” zrobiła uwagę na temat marmurowego stołu i jedwabnych kwiatów, a ja wyjaśniłam kwestię mebli.

Po prawej stronie holu, za drzwiami, znajdował się bardzo przestronny, formalny salon i mała jadalnia oficjalna, po lewej ta sama przestrzeń była podzielona na dwa duże pokoje, „pokój rodzinny” i pokój dowolnego przeznaczenia. Martin Bartell oglądał wszystko bardzo uważnie i zadał kilka pytań. Na większość nie byłam w stanie udzielić odpowiedzi.

Za każdym razem, gdy mnie o coś pytał, bardzo starannie wpatrywałam się w dokumenty.

— Mógłbyś wstawić do tego pokoju swój sprzęt do ćwiczeń — zauważyła Barby.

…więc to stąd wzięły się ten ruch sportowca i mięśnie.

Przeszli dalej na tyły i zajrzeli do kuchni z jej nieoficjalnym kącikiem jadalnym, a potem do oficjalnej jadalni, która mieściła się pomiędzy kuchnią a salonem.

Czy jego siostra będzie z nim mieszkać? Co miałby robić w takim wielkim domu? Z pewnością będzie potrzebował gosposi. Zaczęłam myśleć, kto mógłby znać jakąś godną zaufania osobę. Starałam się nie wyobrażać sobie siebie w jednym z tych kostiumów „francuskiej pokojówki” reklamowanych na tylnych stronach tych dziwnych magazynów z wyznaniami. (Kiedyś taką gazetę zostawiła w bibliotece jakaś gimnazjalistka).

Przez cały czas, gdy chodziliśmy i oglądaliśmy, trzymałam się przed nim, za nim, gdziekolwiek, byle nie patrzeć mu w twarz.

Zamiast po schodach kuchennych poprowadziłam Martina Bartella i Barby z powrotem do głównej klatki schodowej. Zawsze szalenie mi się podobała. Zerknęłam na zegarek. Gdzie była moja matka? Piętro było wisienką na torcie tego domu, a przynajmniej ja tak zawsze uważałam, i to ona powinna je pokazać. Pan Bartell jak dotąd wydawał się ze mnie zadowolony, ale w porównaniu z matką byłam jak hamburger przy obiecanym steku.

Chociaż miałam bardzo mocne wrażenie, że Martin Bartell tak nie uważał.

Poranek robił się coraz bardziej skomplikowany.

Ten mężczyzna był ode mnie przynajmniej piętnaście lat starszy i należał do świata, o którym nie miałam najbledszego pojęcia. Milcząco skierował moją uwagę na fakt, że od jakiegoś czasu spotykałam się z pastorem, który nie wierzył w seks przedmałżeński. A przed ojcem Aubreyem Scottem nigdy nie spotykałam się z nikim przez tyle czasu.

Cóż, nie mogłam pozwolić, by potencjalni klienci mojej matki stali w holu, podczas gdy ja rozmyślałam o swoim życiu seksualnym (czy też jego braku). Mentalnie poskromiłam swoje hormony i powiedziałam sobie, że prawdopodobnie tylko sobie wyobraziłam te fale zainteresowania, które mnie obmywały.

— Na górze znajdują się najładniejsze pokoje w tym domu — oznajmiłam z determinacją. — Główna sypialnia.

Spojrzałam na podbródek pana Bartella, omijając oczy. Ruszyłam w górę, a oni posłusznie podążyli za mną. Gdy wspinałam się po schodach, był tuż za mną. Kilka razy odetchnęłam głęboko i spróbowałam się opanować. No naprawdę, to było zbyt głupie.

— W tym domu są tylko trzy sypialnie — wyjaśniłam — ale wszystkie są cudowne, właściwie to prawie apartamenty. W każdej jest przebieralnia, garderoba i prywatna łazienka.

— Och, to brzmi cudownie — powiedziała Barby.

Może naprawdę byli rodzeństwem?

— Główna sypialnia, która znajduje się za tymi podwójnymi drzwiami na szczycie schodów, wyposażona jest w dwie garderoby. Sypialnia niebieska jest po prawej stronie podestu, a różowa po lewej. Te drzwi po lewej prowadzą do małego pomieszczenia, które Andertonowie wykorzystywali jako pokój, w którym dzieci odrabiały lekcje i oglądały telewizję. Może służyć za biuro, pokój do szycia, albo… — urwałam. Ten pokój się przydawał, okay? A dla sprzętu sportowego Martina Bartella będzie znacznie bardziej odpowiedni niż ten łatwo dostępny pokój na dole. — Te dodatkowe drzwi po prawej prowadzą na schody kuchenne.

Drzwi do wszystkich sypialni były zamknięte, co wydawało się nieco dziwne.

Z drugiej strony, ta sytuacja pozwalała mi na wytworzenie większego dramatyzmu. Jednocześnie przekręciłam obie klamki, gładko otworzyłam drzwi do głównej sypialni i natychmiast przesunęłam się na bok, żeby klienci matki mieli swobodny widok, podczas gdy sama patrzyłam w tył na ich reakcje.

— O mój Boże! ­ — jęknęła Barby.

Nie tego się spodziewałam.

Martin Bartell nie wyglądał na zachwyconego.

Powoli i niechętnie odwróciłam się, żeby zobaczyć, co wzbudziło taką reakcję.

Na środku ogromnego łoża, opierając się o zagłówek, siedziała kobieta. Białe, jedwabne prześcieradła okrywały ją do pasa. W oczy rzucały się najpierw jej nagie piersi, potem twarz, ciemna i opuchnięta. Rozczochrane, czarne włosy zostały odgarnięte do tyłu, bardzo naturalnie. Na nadgarstkach, ułożonych po bokach, znajdowały się rzemienie.

— To Tonia Lee Greenhouse — zza pleców klientów odezwała się moja matka. — Auroro, upewnij się, proszę, czy Tonia Lee nie żyje.

Paweł Mieczkowski