Czytelnia

Fragment: Święta ze śmiercią – J.D. Robb

Święta ze śmiercią - J.D. Robb

Nora Roberts pod pseudonimem J.D. Robb pisze powieści kryminalne z serii In Death. Na koncie ma ich całe mnóstwo. Jej książki na przestrzeni kilkunastu lat były wydawane w Polsce za pośrednictwem aż 5 wydawnictw. Zapraszamy do zapoznania z wznowieniem oraz fragmentem książki.

Święta ze śmiercią - J.D. Robb Święta ze śmiercią – J.D. Robb

Kiedy ktoś zapuka do twych drzwi, dobrze się zastanów, zanim otworzysz, każda randka może się okazać śmiertelną pułapką… Nikt nie lubi spędzać świąt samotnie. Dla najbardziej ekskluzywnej spośród nowojorskich agencji matrymonialnych to czas wprost idealny, by łączyć ze sobą tych, którzy dotąd nie mieli szczęścia w miłości… Porucznik Eve Dallas podążająca tropem seryjnego mordercy przebierającego się za Świętego Mikołaja dokonuje przełomowego odkrycia: wszystkie jego dotychczasowe ofiary były też w bazie słynnego biura matrymonialnego. Podczas gdy morderca nie ustaje w polowaniu na kolejne samotne kobiety, Eve zgłębia mroczny świat, w którym poszukiwanie miłości może okazać się śmiertelnie niebezpieczne… Czy zdąży, zanim stanie się jego kolejnym celem? Nora Roberts – amerykańska pisarka, autorka bestsellerów o łącznym nakładzie ponad 400 milionów egzemplarzy sprzedanych na całym świecie, w tym powieści kryminalnych z serii o detektyw Eve Dallas, napisanych pod pseudonimem J.D. Robb. „Święta ze śmiercią” to siódma część tego cyklu, która wcześniej ukazała się pod tytułem „Randka ze śmiercią”.

Fragment książki:

Rozdział 1

Śniła o śmierci.

Wściekle pulsujące czerwone światło neonu wpadało przez brudne szyby okienne do pokoju, wydobywając z mroku połyskujące na podłodze kałuże krwi.

Siedziała skulona w kącie, mała chuda dziewczynka z plątaniną kasztanowych włosów i wielkimi oczami koloru whisky, którą wlewał w siebie, kiedy miał trochę gotówki. Pod wpływem bólu i szoku te oczy stały się teraz szkliste, a twarz przybrała ziemisty kolor. Dziewczynka jak zahipnotyzowana wpatrywała się w migoczące światło, które omiatało ściany, podłogę i… jego.

Leżał na podłodze w kałuży własnej krwi.

Z jej gardła wydobył się jęk. W drobnej dłoni błysnął zakrwawiony po rękojeść nóż.

Mężczyzna był martwy, nie miała co do tego wątpliwości. Czuła unoszący się nad nim świeży zapach śmier

ci. Była dzieckiem, lecz drzemiące w niej zwierzę rozpoznało ten odór, który jednocześnie przerażał i sprawiał przyjemność. Ramię pulsowało boleśnie po uderzeniu, między nogami czuła wilgoć i piekący ból po gwałcie. Umazana była nie tylko jego krwią. Lecz on nie żył, nareszcie była bezpieczna.

Nagle wolno odwrócił głowę, jak kukiełka na sznurku, a ból dziewczynki zmienił się w przerażenie. Wcisnęła się głębiej w kąt, mamrocząc coś nieskładnie. Jego martwe usta rozciągnęły się w uśmiechu.

Nigdy się mnie nie pozbędziesz, mała. Jestem częścią ciebie. A teraz tatuś ukarze córeczkę.

Podciągnął się na rękach i ukląkł. Krew wielkimi kroplami spłynęła mu z twarzy i pleców. Kiedy wstał i ruszył ku niej chwiejnym krokiem, krzyknęła i się obudziła.

Eve ukryła twarz w dłoniach i zacisnęła usta, by stłumić mimowolny jęk, parzący gardło niczym bryłki gorącego szkła. Spazmatycznie chwyciła powietrze w płuca.

Zimny dreszcz strachu przebiegł jej po plecach, lecz stłumiła go siłą woli. Nie była już bezradnym dzieckiem, tylko dorosłą kobietą, policjantką, która potrafi się bronić, w sytuacji kiedy sama może stać się ofiarą. Zniknął też obskurny pokój hotelowy. Znajdowała się teraz we własnym domu, jej i Roarke’a.

Myśl o mężu sprawiła, że Eve zaczęła się uspokajać.

Usnęła w fotelu, w swoim gabinecie w domu, bo Roarke wyjechał. Nie potrafiła spać w ich wspólnym łóżku, gdy jego nie było obok. Rzadko miewała koszmary, gdy leżał przy niej, i zbyt często powracały, gdy zostawała sama. Nienawidziła tej swojej słabości równie mocno, jak kochała męża.

Obróciła się w fotelu i dla dodania sobie otuchy wzięła na ręce grubego szarego kota, który leżał obok zwinięty w kłębek i patrzył na nią, mrużąc różnokolorowe oczy. Galahad przywykł już do sennych koszmarów Eve, nie lubił jednak, kiedy budzono go o czwartej nad ranem.

– Przepraszam – mruknęła, wtulając twarz w miękkie futro. – To cholernie głupie. On już nie żyje i nigdy tu nie przyjdzie. Przecież umarli nie wracają. – Westchnęła, wpatrując się w ciemność. – Powinnam o tym wiedzieć. Śmierć była jej towarzyszką, Eve ocierała się o nią każdego dnia, każdej nocy. W ostatnich tygodniach kończącego się dwa tysiące pięćdziesiątego ósmego roku posiadanie broni było zakazane, a medycyna nauczyła się przedłużać życie powyżej stu lat. Mimo to ludzie wciąż się zabijali. A jej zadaniem było stawać po stronie zabitego.

Nie chciała ryzykować kolejnych koszmarów, włączyła więc światło i podniosła się z fotela. Nogi przestały jej drżeć, a puls wrócił do normalnego rytmu. Ostry ból głowy, który zwykle następował po dręczących snach, też wkrótce minie.

Ruszyła do kuchni. Galahad pobiegł także, mając nadzieję na wczesne śniadanie, i otarł się przymilnie o nogi Eve.

– Najpierw ja, kolego. Zaprogramowała w autokucharzu kawę, a potem postawiła na podłodze miskę pełną chrupek. Kot rzucił się na nie, jakby to miał być jego ostatni posiłek w życiu.

Popatrzyła w zamyśleniu przez okno. Rozciągał się za nim długi pas zieleni, a nad nim czyste niebo. Wokół czuło się spokój i ciszę, z czego korzystali w tym mieście tylko ludzie tak bogaci jak Roarke. Jednak za tą oazą spokoju i wysokim murem tętniło normalne życie, a śmierć zbierała swe żniwo.

Tam jest mój świat, pomyślała, popijając mocną kawę i usiłując rozruszać ramię, sztywne po niezagojonej jeszcze ranie. Drobne przestępstwa, morderstwa, wielkie intrygi, brudne występki i krzycząca rozpacz. Znała się na tym lepiej niż na kolorowym świecie pieniędzy i władzy, w którym obracał się jej mąż.

W takich dniach jak ten, kiedy była sama, a nastrój nie dopisywał, zastanawiała się, jak mogli się spotkać – ona, policjantka, stojąca na straży prawa, twarda i ostra jak wystrzelona z łuku strzała, i on, błyskotliwy Irlandczyk, który przez całe życie usiłował je omijać. Połączyło ich morderstwo. Dwie zbłąkane dusze, które, by przeżyć, obrały różne drogi, odnalazły się wbrew logice i rozumowi.

– O Boże, tęsknię za nim. To idiotyczne. Zła na siebie, odwróciła się z zamiarem wzięcia prysznica i w tym momencie mrugające światło wideokomu zasygnalizowało połączenie. Nie mając wątpliwości, kto to, podbiegła do konsolety i włączyła wideo. Na ekranie ukazała się twarz Roarke’a. Cóż za twarz, pomyślała, kiedy uniósł w górę czarne brwi. Niewiarygodnie przystojna, o rysach poety, kształtnych ustach, wydatnych kościach policzkowych i intensywnie błękitnych oczach, okolona grzywą gęstych czarnych włosów.

Nawet po roku małżeństwa na widok męża krew zaczynała szybciej krążyć jej w żyłach.

– Eve, kochanie. – Jego głos miał ciepłe, głębokie brzmienie. – Czemu nie śpisz? – Właśnie się obudziłam. Wiedziała, że przed jego uważnym wzrokiem nic się nie ukryje. Na pewno dostrzegł cienie pod jej oczami i bladość twarzy. Chcąc dodać sobie odwagi, wzruszyła ramionami i przesunęła dłonią po krótkich rozczochranych włosach.

– Muszę być wcześniej w komendzie. Mam mnóstwo papierkowej roboty. Widział więcej, niż mogła przypuszczać. Dostrzegł siłę, odwagę i ból, lecz także piękno w ostrych rysach, pełnych wargach i oczach koloru bursztynu, w których teraz czaiło się zmęczenie. Natychmiast zmienił plany.

– Wracam dziś wieczorem – oznajmił. – Przecież miałeś zostać jeszcze kilka dni. – Dziś wieczorem – powtórzył i uśmiechnął się. – Tęskniłem za tobą, moja pani porucznik. – Tak? – Ku swemu niezadowoleniu poczuła rozkoszne dreszcze. Uśmiechnęła się do niego. – Chyba będę musiała poświęcić ci trochę czasu. – Koniecznie. – Czy to właśnie chciałeś mi powiedzieć, że wracasz wieczorem? Właściwie to chciał ją poinformować, że zostanie jeszcze dzień lub dwa, i namówić, by przyleciała na weekend na Olimp. Zmienił jednak zdanie, uśmiechnął się i powiedział:

– Chciałem zawiadomić moją żonę, jakie mam plany. Wracaj do łóżka, Eve. – Dobrze. – Oboje jednak wiedzieli, że tego nie zrobi. – Do zobaczenia wieczorem. Hmm… Roarke? – Tak? Musiała wziąć głęboki oddech, by to z siebie wydusić. – Ja też za tobą tęskniłam. Przerwała połączenie, mimo że się uśmiechnął. Już spokojniejsza, zabrała kubek z kawą i poszła przygotować się na nadchodzący dzień.

Nie zamierzała wymknąć się niepostrzeżenie z domu, lecz także nie starała się hałasować. Chociaż była zaledwie piąta rano, nie miała wątpliwości, że Summerset kręci się gdzieś w pobliżu. Wolała uniknąć spotkania ze sztywnym majordomusem Roarke’a czy jak kto woli sierżantem, który

o wszystkim wiedział, sumiennie wypełniał obowiązki i stanowczo zbyt często wtykał swój kościsty nos w ich prywatne – zdaniem Eve – sprawy. Ostatnie śledztwo zbliżyło ich do siebie, przez co oboje czuli się niezręcznie. Podejrzewała, że od tamtej pory Summerset unikał jej równie starannie jak ona jego.

Wspominając owo zdarzenie, bezwiednie potarła sztywne ramię. Rano lub po długim dniu pracy wciąż odczuwała w nim lekki ból. Wykorzystanie broni do maksimum nie było doświadczeniem, które chciałaby powtórzyć, lecz jeszcze gorszy okazał się moment, kiedy Summerset wlewał jej do gardła lekarstwo, a ona była zbyt słaba, by mu dokopać.

Eve zamknęła za sobą drzwi i wciągnęła w płuca zimne grudniowe powietrze. Zaraz jednak zaklęła siarczyście. Zostawiła samochód przed wejściem głównym po to, by rozwścieczyć Summerseta. On zaś wprowadził go do garażu, bo wiedział, że ją tym zirytuje. Wściekła na siebie za to, że nie zabrała pilota do otwarcia garażu, ruszyła chodnikiem biegnącym wokół domu. Pod jej stopami skrzypiała zamarznięta trawa. Wkrótce zaczęły ją szczypać uszy i czubek nosa. Zacisnęła zęby i położyła dłoń na czytniku linii papilarnych, po czym weszła do ogrzewanego garażu.

Na dwóch poziomach stały błyszczące samochody, rowery, latające skutery, a nawet dwuosobowy helikopter. Jej skromne miejskie auto wyglądało niczym kundel pośród wymuskanych, lśniących ogarów. Ale jest nowe i sprawne, pomyślała, wsuwając się za kierownicę.

Silnik zaskoczył natychmiast. Wydała polecenie i przez otwory wentylacyjne dmuchnęło do wnętrza ciepłe powietrze. Deska rozdzielcza zabłysła światłami, rozpoczynając wstępny przegląd i po chwili uprzejmy głos poinformował ją, że wszystkie systemy są sprawne. Za żadne skarby Eve nie przyznałaby się, że tęskni za swym starym, kapryśnym zdezelowanym gratem.

Płynnie wyjechała z garażu na podjazd prowadzący do żelaznej bramy. Wrota otworzyły się przed nią bezszelestnie.

Ulice ekskluzywnej dzielnicy, w której mieszkali, były spokojne i czyste. Drzewa rosnące na skraju wielkiego parku pokrywała cienka warstwa szronu, mieniącego się niczym diamentowy pył. Gdzieś dalej, w mrocznych zakątkach, narkomani kończyli swoje nocne sprawy, lecz tu widać było tylko błyszczące ściany budynków, szerokie aleje i spokojną ciemność przed świtem.

Kiedy minęła kilka przecznic, zapaliła się pierwsza tablica reklamowa, rozpraszając mrok jaskrawym światłem. Święty Mikołaj z czerwonymi policzkami i przyklejonym do ust głupim uśmiechem, przypominający przerośniętego elfa z Zeusa, przemknął po niebie w towarzystwie wiernych reniferów, wykrzykując „ho, ho, ho” i przypominając, że najwyższy czas pomyśleć o świątecznych prezentach.

– Tak, tak, słyszę cię, ty grubasie. – Eve rzuciła mu niechętne spojrzenie i zatrzymała się na światłach. Do tej pory nie musiała się martwić o prezenty. Zazwyczaj kupowała coś śmiesznego dla Mavis i coś smacznego dla Feeneya. Poza nimi nie miała nikogo, o kim powinna pamiętać. A cóż, do cholery, można kupić mężczyźnie, który nie tylko miał wszystko, lecz był również właścicielem fabryk, wytwarza- jących to wszystko? Dla kogoś, kto wolał cios tępym narzędziem od robienia zakupów, był to prawdziwy dylemat. Eve doszła do wniosku, że Boże Narodzenie to jak wrzód na tyłku. Tymczasem Święty Mikołaj zachwalał sklepy i stoiska w Podniebnym Centrum Handlowym Big Apple.

Humor nieco jej się poprawił, kiedy wpadła w korek na Broadwayu. Trwał tu wieczny karnawał. Ruchome platformy na chodniku wypełniali przechodnie, z których większość była pijana albo naćpana lub jednocześnie pijana i naćpana. Ob- woźni sprzedawcy trzęśli się z zimna przy dymiących grillach. Swoich miejsc przy krawężniku musieli bronić pięściami.

Uchyliła okno, chwytając w nozdrza zapach pieczonych kasztanów, sojowych hot dogów, dymu i tłumu przechodniów. Ktoś śpiewał piskliwym, monotonnym głosem o rychłym końcu świata. Zadźwięczał klakson, kiedy grupa ludzi weszła na jezdnię na czerwonym świetle. Nad głową wesoło dudniły airbusy, a pierwsze tego dnia sterowce reklamowe zachęcały do kupna najrozmaitszych towarów.

Jakieś dwie kobiety okładały się pięściami. Licencjonowane panienki do towarzystwa, pomyślała Eve. Musiały bronić swego miejsca równie zażarcie, jak sprzedawcy jedzenia i napojów. Zamierzała wysiąść i przerwać bójkę, lecz mała blondynka powaliła na chodnik dużą rudą i zniknęła w tłumie.

Bardzo sprytnie, stwierdziła z aprobatą Eve, kiedy rudo- włosa dźwignęła się na nogi, potrząsnęła głową i bluznęła wiązanką przekleństw.

To właśnie jej Nowy Jork.

Z pewnym żalem wjechała w stosunkowo spokojną Siódmą Aleję, zmierzając do centrum. Najwyższy czas wrócić do normalnej służby, uznała. Tygodnie bezczynności sprawiły, że czuła się rozdrażniona, bezużyteczna i słaba. Z trudem przetrwała ostatnie dni przymusowego urlopu, na który ją wysłano, by doszła do siebie. Miała już tych wakacji powyżej uszu. Na szczęście skończyły się i mogła wrócić do pracy. Musi tylko przekonać komendanta, by zwolnił ją z papierkowej roboty. Kiedy zapiszczał komunikator, była gotowa do przyjęcia zgłoszenia, mimo że służbę zaczynała dopiero za trzy godziny.

– Do wszystkich wozów w okolicy. Dwanaście dwadzieścia dwa. Siódma sześć osiem cztery trzy, lokal osiemnaście B. Meldunek niepotwierdzony. Kontakt z administratorem, mieszkanie dwa A. Do wszystkich wozów… – Zgłasza się porucznik Eve Dallas. Jestem w odległości dwóch minut od Siódmej. – Zgłoszenie przyjęte. Zamelduj się po rozpoznaniu sytuacji. – Zrozumiałam. Bez odbioru. Zatrzymała się przy krawężniku i powiodła wzrokiem po stalowoszarym budynku. W kilku oknach połyskiwało światło, lecz na osiemnastym piętrze panowały ciemności. Kod dwanaście dwadzieścia cztery oznaczał anonimowy telefon

o domowej kłótni. Wysiadła z auta i machinalnie dotknęła broni w kaburze pod ramieniem. Nie miała nic przeciwko rozpoczynaniu dnia od kłopotów, ale nikt nie lubi się mieszać do nieporozumień rodzinnych. Małżeństwo, które skacze sobie do oczu, również nie lubi, jak gliniarz próbuje – licząc na awans

– powstrzymać skłóconych, by się nie pozabijali. To, że Eve przyjęła ten meldunek, świadczyło o jej tęsknocie za pracą. Wbiegła po kilku stopniach do budynku i odszukała lokal z numerem dwa B. Kiedy odezwał się męski głos, machnęła odznaką przed ekranem wizjera. Drzwi uchyliły się nieznacznie i ukazała się w nich para oczu. Pokazała odznakę.

– Podobno macie tu jakieś kłopoty. – Nic o tym nie wiem. Gliny do mnie telefonowały. Jestem tu tylko dozorcą. – Widzę. – Zaleciało od niego brudną bielizną i serem. – Otworzy pan lokal osiemnaście B? – Nie ma pani klucza uniwersalnego? – W porządku. – Obrzuciła go szybkim spojrzeniem: był niskiego wzrostu, chudy, śmierdzący i wystraszony. – A może coś mi pan powie o mieszkańcach tego lokalu? – To kobieta. Mieszka sama. Rozwiedziona czy coś w tym rodzaju. Więcej nie wiem. – W przeciwieństwie do innych – mruknęła Eve. – Wie pan, jak się nazywa? – Hawley. Marianna Hawley. Ma jakieś trzydzieści, trzydzieści pięć lat. Ładna babka. Mieszka tu od sześciu lat. Nie sprawia kłopotów. Pani władzo, niczego nie słyszałem, niczego nie widziałem, o niczym nie wiem. Do cholery, jest wpół do szóstej. Jeśli narobiła jakichś szkód w mieszkaniu, chcę o tym wiedzieć. W przeciwnym razie to nie mój interes. – W porządku – powtórzyła Eve, kiedy mężczyzna zatrzasnął jej drzwi przed nosem. – Wracaj do swojej nory, wszarzu. – Machnęła ręką i poszła korytarzem do windy. Jadąc na górę, połączyła się z centralą. – Zgłasza się porucznik Eve Dallas. Jestem w budynku przy Siódmej. Tutejszy dozorca to wesz. Zgłoszę się ponownie po rozmówieniu się z Marianną Hawley, mieszkanką lokalu osiemnaście B. – Potrzebne ci wsparcie? – Nie. Bez odbioru. Schowała nadajnik do kieszeni i wysiadła na osiemnastym piętrze. Jej uważny wzrok natychmiast dostrzegł zainstalowane kamery bezpieczeństwa. W korytarzu panowała absolutna cisza. Sądząc z usytuowania i wystroju wnętrza, mieszkali tu pracownicy umysłowi o średnich dochodach. Większość z nich wstawała po siódmej rano, w pośpiechu wypijała kawę i pędziła do airbusu lub metra. Nieliczni szczęśliwcy mieli biura na miejscu. Niektórzy odprowadzali dzieci do szkoły, inni zaś żegnali współmałżonków i czekali na kochanków. Zwykłe życie w zwykłym domu. Przyszło jej nawet do głowy, czy aby Roarke nie jest właścicielem tego budynku, lecz odsunęła od siebie tę myśl i podeszła do drzwi mieszkania numer osiemnaście B.

Paweł Mieczkowski