Czytelnia

Fragment: Sposób na happy end – Barbara O’Neal

Sposób na happy end - Barbara O'Neal

To już 4 książka Barbary O’Neal, amerykańskiej pisarki niezwykle popularnych romansów oraz powieści obyczajowych, wydana za pośrednictwem Wydawnictwa Literackie. Książka ukazała się w sprzedaży dokładnie 20 listopada 2013. Zachęcamy do lektury fragmentu.

Sposób na happy end - Barbara O'Neal Sposób na happy end – Barbara O’Neal

Przepis na udany piątkowy wieczór może być bardzo prosty: jaśminowa herbata, ciepły pled i dobra, mądra książka. Taka jak ta.

Dwie siostry, dwie różne ścieżki życiowe, dwa dramaty… Po tragedii, która wstrząsnęła małą społecznością w Seattle, Elsa, która jest pastorem, przeżywa kryzys wiary. Tamsin, piękna i zamożna, pewnego dnia odkrywa, że jej mąż jest przestępcą. W ciągu jednego dnia traci wszystko. Elsa wraca do rodzinnego miasteczka, gdzie praca w kuchni dla ubogich pozwala jej odnaleźć ukojenie. Dla Tamsin deską ratunku okazuje się praca społeczna przy rewitalizacji ogrodu komunalnego w najbiedniejszej części miasta.

ROZDZIAŁ DRUGI

Julia Peterson zadzwoniła tuż po ósmej wieczorem w następną środę.

Elsa właśnie wróciła z basenu w YMCA. Starała się chodzić tam codziennie. Pływanie było dla niej rodzajem medytacji w ruchu, sposobem na odcięcie się od świata. W basenie wypełniała ją cisza. Istniały tylko jej ciało, woda, oddech. Sunęła, szybowała. Dzisiaj miała pływalnię prawie wyłącznie dla siebie, dlatego była w dobrym nastroju, kiedy weszła do domu i postawiła torbę na podłodze przy schodach — żeby nie zapomnieć o wrzuceniu mokrych ręczników i kostiumu do prania.

Kiedy zadzwonił telefon, Elsa mechanicznie sięgnęła po słuchawkę, a potem zamarła, czując sączącą się z aparatu złą moc. Zrobiło jej się zimno.

Zamknęła oczy, przeczekała jeszcze jeden dzwonek, chcąc chociaż na chwilę oddalić tę nieuchronną zmianę, która miała nastąpić. Automatycznie zmówiła w myślach modlitwę o pomoc — Daj mi to, czego będę potrzebować, żeby się z tym zmierzyć — i biorąc wdech, podniosła słuchawkę.

— Pastor Elsa.

— Kiki zaginęła — powiedziała Julia bez wstępów. Petersonowie: matka, ojciec, trzy nastoletnie córki i siedmio letni syn, który był dzieckiem z radosnej wpadki, stanowili jeden z filarów jej Kościoła. Allen zasiadał w zarządzie, a Julia prowadziła szkółkę niedzielną dla gimnazjalistów, co nigdy nie jest łatwe. Kiki to czternastolatka, która namalowała Elsie jednorożca na policzku. — Nie wróciła do domu ze szkoły.

— Dzwoniliście na policję, do jej koleżanek i tak dalej?

— Tak — Julia oddychała ciężko. — Nauczycielka angielskiego widziała, jak Kiki wychodzi ze szkoły o czwartej, miała ze sobą plecak. Była sama. Pracowała nad projektem z chemii, żeby dostać szóstkę. Wiesz, że chce zostać lekarką, no więc… — Julia jęknęła. — Strasznie się o nią boję!

— Zaraz u ciebie będę.

— Dziękuję. Wariuję z niepokoju, tak się trzęsę, że ledwie trzymam słuchawkę. Allen zabrał resztę dzieciaków do swojej mamy, a ja nie wiem, co mam ze sobą zrobić.

— Trzymaj się, już jadę.

Kiedy dotarła do domu Petersonów, w salonie siedział już detektyw. Na stole nadal stały resztki kolacji, a na dywanie, który kiedyś musiał być bardzo drogi, a teraz nosił wyraźne ślady użytkowania przez tak energiczną rodzinę, porozrzucane były książki i zabawki. Elsa zatrzymała się w progu, czując narastającą i przepływającą przez nią gęstą, ciemną energię. Zakręciło jej się w głowie, zamknęła więc oczy i przytrzymała się drzwi.

Źle. Stanie się coś bardzo złego.

Jednak w tym zupełnie zwyczajnym pokoju była też matka, która przeżywała najgorszy dzień swojego życia, ale nie traciła nadziei. Elsa usiadła obok Julii i wzięła ją za rękę. Długie, szczupłe palce, tak bardzo podobne do palców Kiki, były lodowato zimne.

— Policja mówi, że parę dzieciaków widziało jakiegoś faceta szwendającego się przez kilka ostatnich dni po terenie wokół szkoły — powiedziała Julia. — Myślą… — urwała i mocniej zacisnęła palce na dłoni Elsy. — Jednemu policjantowi wymknęło się, że parę miesięcy temu wyszedł z więzienia jakiś przestępca seksualny.

Jęknęła cicho i przycisnęła dwa palce do ust. Jej oczy wydawały się trzy razy bardziej niebieskie na tle zaczerwienionej od płaczu twarzy.

— Co robić?

— Musimy zorganizować poszukiwania — oświadczył detektyw. — Czy może nam pani dać coś, co należy do córki, coś, co ma jej zapach?

— Zapach?

— Dla psów — wyjaśniła łagodnie Elsa.

— Aha — głos Julii drżał, był ledwie słyszalny. — Oczywiście. Jej kurtka jest… — Próbowała się podnieść, ale nie mogła.

Elsa wstała.

— Ja przyniosę — powiedziała. — Jakiego koloru?

— Żółta.

Po wyjściu detektywa Elsa została z Julią. Modliły się. Czekały. Znów się modliły. Ale niczego tej nocy nie znaleziono.

Ani następnej.

I następnej.

Czwartego dnia do policji miejskiej i stanowej oraz innych specjalistów przeczesujących las za szkołą dołączyła armia ochotników. Elsa też przyłączyła się do ekipy poszukiwawczej, razem ze swoim psem. Charlie nie był wprawdzie tropowcem ani wyszkolonym beaglem, tylko czarnym kundlem ze sporą domieszką gładkowłosego retrievera. Miał lśniącą, gęstą sierść i cierpliwe, inteligentne oczy. Jako szczeniak był prawdziwym utrapieniem, a wyrósł tak, że sięgał jej niemal do bioder, ale ponieważ poświęciła dużo czasu, żeby go ułożyć, teraz, kiedy penetrowali krzaki i leśne podszycie, nie miała z nim kłopotu.

Minęła godzina poszukiwań, gdy Charlie złapał trop na skraju rowu i prawie wyrwał Elsie rękę ze stawu, ciągnąc ją w zarośla. Serce skoczyło jej do gardła.

Popuściła smycz. Charlie węszył w mokrych liściach, chodząc zygzakiem, co prawdopodobnie łamało wszelkie przyjęte zasady tropienia, i ciągnął tak mocno, że ledwie mogła za nim nadążyć. Kiedy dał nura pod zwieszające się nisko gałęzie sosny, Elsa pospieszyła za nim, omal nie wykłuwając sobie oka sosnowymi igłami.

Charlie zatrzymał się przy zwłokach, delikatnie powąchał martwe nagie udo i ciężko usiadł. Zaskomlił cicho.

Elsa stała nieruchomo przez bardzo długą chwilę. Na opadłych liściach leżało szczupłe nagie ciało Kiki. Drobne gałązki wplątały się w jej potargane włosy. Prawie nie miała piersi. Skóra w woskowym odcieniu cała była w ranach, krwi i siniakach. Jedną dłoń zacisnęła w pięść, a na ziemi było widać ślady jej paznokci. Ciągle miała na nich przyklejone niebieskie gwiazdki. Szeroko otwartymi oczami patrzyła w niebo, jakby wołała o pomoc.

Elsa upadła na kolana i zapragnęła przykryć czymś ciało, zasłonić potworne dowody długiej, powolnej śmierci. Wiedziała, że nie może tego zrobić.

— Tutaj! — krzyknęła, ale ochrypły głos uwiązł jej w gardle. Wstała chwiejnie, zwymiotowała między drzewami i poczuła potworny ciężar w żołądku.

Tr z y z e r o, o d p a d a m.

Wyprostowała się. Odkaszlnęła i zawołała:

— Znalazłam ją!

Rankiem w dniu pogrzebu Elsa stała na ganku z tyłu swojego domu i paliła „zakazanego” papierosa Kool z paczki, którą kupiła na stacji benzynowej. Patrzyła na szarą ścianę deszczu, tak ulewnego, że w ogródku tworzyły się jeziorka, a na ulicach rzeki. Nie zapaliła papierosa od co najmniej dziesięciu lat, może dłużej. Wyciągnęła jednego od któregoś z detektywów na miejscu zbrodni. Ręce tak jej się trzęsły, że papieros nie chciał się zapalić, a kiedy w końcu się udało, zaciągała się mocno, nie dbając o to, kto ją zobaczy.

Zaczęła palić późno, w wieku dwudziestu trzech lat, tego roku, kiedy włóczyła się po Anglii po wędrówce Camino de Santiago. Pracowała razem z innymi nielegalnymi imigrantami na czarno w restauracjach, gdzie zarabiała marne grosze, i spała w hostelach, udając beztroską backpackerkę. Wszyscy palili, cała europejska młodzież, z którą się włóczyła, więc też zaczęła, dla towarzystwa, tak jak piła, żeby się znieczulić, i spała z niektórymi facetami, żeby ukoić dojmującą samotność, zapełnić pustkę po Joaquinie i Bogu.

Dawne czasy. Stała na ganku, paląc i patrząc na deszcz, i zastanawiała się, co powie, kiedy te wszystkie twarze zwrócą się ku niej w poszukiwaniu jakiegoś pozoru otuchy, jakiegoś poczucia nadziei w świecie, w którym mogło się zdarzyć coś takiego. W tej chwili czuła w głowie pustkę.

Wczoraj wieczorem przewertowała dziesiątki tekstów z wszystkich duchowych tradycji, które studiowała w ciągu wielu lat — a było ich sporo. Znalazła cytaty mówiące o szoku, lamenty pełne smutku i żalu oraz garść banałów, które tylko ją rozwścieczyły, ale nic z tego nie wydawało się właściwe.

Ciągle myślała o Kiki na festynie dożynkowym, jaka była ładna, długonoga, jaka miła dla młodszych dziewczynek, jak przekomarzała się z Elsą na temat następnego absztyfikanta, którego jej matka szykowała dla pani pastor — i wydawało się niemożliwe, że ta dziewczyna nie żyje.

Ale nie żyła, a j e d y n ą rzeczą, jaką Elsa teraz musiała zrobić, było ofiarowanie pociechy matce, ojcu i rodzeństwu Kiki. Musiała tchnąć promyk nadziei w członków zboru, przerażonych i wstrząśniętych tym aktem przemocy. Liczyli na nią.

To będzie najtrudniejsza rzecz w jej życiu.

Zaciągnęła się ostatni raz gorzkim dymem, zgasiła papierosa i pomyślała o dżumie, która zmiotła z powierzchni ziemi połowę populacji. Wydawało się, że to dopust Boży, ale był to tylko straszny wybryk natury, zwykła choroba wywoływana przez maleńką bakterię. Co jednak myśleli ówcześni duchowi przywódcy? Z czym musieli się zmagać?

W porównaniu z takim kataklizmem śmierć jednego człowieka wydawała się drobiazgiem. Wchodząc do środka, żeby wziąć prysznic, skoncentrowała się na tej myśli.

I na Kiki. Dla Kiki da radę.

***

Na pogrzeb przyszli wszyscy bez wyjątku członkowie zboru, prawie każdy ubrany, na prośbę Julii, w jasne, wiosenne kolory. Kościół wypełniały goździki, ulubione kwiaty Kiki. Kilka z nich, różowych, Elsa wplotła we włosy.

Poprzedniego dnia Elsa i Julia omówiły szczegóły nabożeństwa, żeby ustalić, jak wyobraża je sobie rodzina Kiki. Julia stanowczo obstawała przy podnoszącej na duchu ceremonii ku czci życia jej córki. Nie chciała mrocznego, ponurego lamentu nad stratą.

— To nie w naszym stylu — oświadczyła i urwała, żeby głos jej się nie załamał. — I nie w stylu Kiki.

Odprawianie pogrzebu młodej osoby nigdy nie jest łatwe. Koleżanki i koledzy Kiki wyglądali na zagubionych i bezbronnych w swoich jasnych, wielkanocnych ubraniach. Każdy przyniósł pamiątki i kartki kondolencyjne do położenia na trumnie, która była, oczywiście, zamknięta.

Pogrzeb komplikowały kłębiące się przed kościołem tłumy dziennikarzy. Deklarowali szacunek wobec żałoby uczestników nabożeństwa, ale tak naprawdę zwęszyli tu tajemniczą, tragiczną, pełną przemocy historię. W dodatku podsycającą lęki każdej matki i dziewczyny w Seattle i okolicach. Krótko mówiąc: przepis na wiadomość dnia. Elsa dokładnie określiła odległość, na jaką reporterzy mogą zbliżyć się do kościoła, i poprosiła najbardziej krzepkich członków zgromadzenia o pilnowanie wyznaczonej granicy. Chętnie się zgodzili.

Siedziała na swoim krześle na podwyższeniu, kiedy chór, do wtóru żałobników, wykonywał tradycyjną pieśń, którą uwielbiała śpiewać Kiki. Przez chwilę Elsa poczuła się obezwładniona żalem, myśląc o Kiki stojącej na podwyższeniu i śpiewającej razem z młodzieżowym chórem. Innych chyba też uderzyło to wspomnienie, zwłaszcza jej przyjaciółki, które siedziały zbite w ciasną grupkę zaraz za rodziną dziewczyny. Przytulały się i przyciskały do oczu chusteczki. Miały przygotowane wystąpienie, do którego zresztą zachęciła je Elsa.

Kiedy przyszła pora na jej przemówienie, Elsa popatrzyła na pełne wyczekiwania twarze. Podeszła do podium, całkowicie pustego, i wpatrywała się w to morze ludzi, zamazujące się przed jej oczami. Przez okna wpadały czerwone, niebieskie i żółte smugi światła i kładły się na twarzach zebranych, trumnie, Julii.

Wreszcie pojawiło się w jej głowie zdanie.

— Duch Święty ulepił Kiki Peterson z magicznego pyłu i jednorożców, głośnego śmiechu i malarskiej gracji.

Patrząc w twarze przed sobą, dostrzegła wzbierające w wielu oczach łzy, ale także ukojenie, więc kontynuowała, nie wiedząc nawet, co mówi. Wypowiadała słowa, które wydobywały się z jakiejś innej części jej osoby, wymawiała je mocnym głosem, czasem ze śmiechem, czasem nawet ze łzami. Nie zapamiętała ani jednego.

Załamała się dopiero wieczorem, gdy znalazła się sama w swoim małym domku, a wielka czarna dziura wessała jej duszę, tak że przestała cokolwiek czuć. Wygrzebała papierosy i wyszła w zimną noc. Nie padało, a niebo było usiane gwiazdami. Nie znalazła w nich pocieszenia.

Zapaliła papierosa i zaciągnęła się głęboko, czując, jak pod wpływem substancji chemicznych panika ustępuje niemal natychmiast, zostawiając otchłań samotności, od której ugięły się pod nią kolana. Ogromny, pusty świat kpił z niej, świecąc światłem gwiazd martwych od miliardów lat, drwił z niej ciemnością, w której nie było żadnego życia.

Żadnego życia. Żadnego ducha. Niczego oprócz nieczułego pyłu, z którego przez przypadek powstało życie na tej maleńkiej planecie w odległym zakątku wszechświata.

Samotność.

Dwukrotnie zdarzyło jej się wcześniej doznać tego obezwładniającego uczucia, że Bóg jest tylko wytworem umysłu, mającym pomóc ludziom nadać sens ich krótkiemu, tragicznemu życiu. Dwukrotnie przetrwała to zwątpienie i wróciła. Tym razem widziała prawdę aż nazbyt wyraźnie — nie było niczego.

Skończyła papierosa, wrzuciła niedopałek do puszki po kawie i skrzyżowała ręce na piersi, patrząc w górę. Odpowiedziała jej pustka.

Ale czy jest Bóg, czy Go nie ma, istniała pewna wspólnota ludzi, która jej potrzebowała. Jej zbór. Nie zostawi ich, bez względu na swoje prywatne przekonania.

Nie zostawi ich.

Paweł Mieczkowski