Czytelnia

Fragment: Smaczne życie Charlotte Lavigne 1 – Nathalie Roy

Prezentujemy nowy, ciekawy fragment książki „Smaczne życie Charlotte Lavigne 1”. Pozycja trafiła do sprzedaży 5 lutego 2014 nakładem Wydawnictwa Literackie.

Smaczne życie Charlotte Lavigne 1 - Nathalie Roy Smaczne życie Charlotte Lavigne 1 – Nathalie Roy

Charlotte Lavigne, lat 33, zawód: dokumentalistka telewizyjna. Prywatnie to czarująca młoda kobieta, może nie w pełni doskonała, ale nader zabawna singielka szukająca tego jedynego, a w międzyczasie potrafiąca świetnie korzystać z życia i debetu na karcie kredytowej. Jeszcze kiedyś pokaże, co potrafi i zasiądzie przed kamerami, a póki co pozwala swoim talentom rozkwitać w kuchni. A tutaj Charlotte jest wielką i jedyną gwiazdą! Może zatem przez żołądek do serca…

Fragment książki:

1

„Zasada obowiązująca każdego kucharza: podczas przygotowywania posiłku wypicie więcej niż dwóch kieliszków wina jest surowo wzbronione”.

Charlotte lavigne, Bliźnięta w ascendencie Lwa

Uśmiech sprzedawcy ryb nie wygląda na szczery. Jestem przekonana, że gdyby mógł, zamordowałby mnie od razu. Ale to ja jestem klientką, a klientka ma zawsze rację, prawda?

Chociaż faktycznie, na jego miejscu też byłabym trochę rozdrażniona. Nie można powiedzieć, że wiem, czego chcę. Od dwudziestu minut sprzedawca wykłada na ladę wszystkie ryby, pokazuje mi je kolejno, tłumaczy, że makrela to świetny wybór w przypadku kogoś, kto chce zrobić kolację w stylu japońskim. Tak samo jak koryfena. Albo czerwony tuńczyk. Czerwony tuńczyk? Nie ma mowy. Nie chcę, aby mój gość pomyślał, że jestem pozbawiona świadomości ekologicznej. Czerwony tuńczyk to przecież gatunek zagrożony.

Na razie to ja czuję się zagrożona przez kolejkę klientów, którzy niecierpliwią się za moimi plecami.

— Ruski rok będzie się pani namyślać? — rzuca facet, który chce kupić pangę, żeby wypróbować przepis z mlekiem kokosowym.

Zawsze, gdy słyszę to wyrażenie — „ruski rok” — zastanawiam się, skąd się wzięło i co może oznaczać. Piorunujący wzrok mężczyzny w marynarce i krawacie, trzymającego w dłoni przepis na pangę, przekonuje mnie, że nie jest to odpowiedni moment na zadawanie pytań.

— Proszę mi dać jeszcze dwie minuty… Dalej, Charlotte, musisz się zdecydować. To w końcu tylko kolacja…

— Wezmę dwa filety z koryfeny, dwa z makreli, dwa ze śledzia… do tego poproszę ekotuńczyka na sushi, cztery duże przegrzebki, sześć krewetek i świeżego kalmara. No dobrze, i to by było na tyle, myślę. To znaczy prawie…

— A do tego jeszcze proszę dołożyć całego marlina. Uwielbiam nazwę tej ryby, kojarzy mi się z czarodziejem Merlinem, moją ulubioną postacią z dzieciństwa. Przyniesie mi szczęście, na pewno.

I już mam wszystko. Teraz tylko, w domu, zastanowię się, co ugotować. Tak jest znacznie prościej.

— Razem sto dwa dolary i pięćdziesiąt siedem centów. Oj! Dość drogo, jak na kolację we dwoje. Zwłaszcza że dzisiaj to już siódmy rachunek. Najpierw był fryzjer. Później — książka z japońskimi przepisami, tacki na sushi i miseczki na zupę miso, wizyta w sklepiku japońskim, kilka butelek sake, a w końcu… kimono gejszy. Gdy się robi kolację w stylu japońskim, trzeba iść na całość.

Z torebki zaczyna dobiegać melodia z czołówki serialu Seks w wielkim mieście. Dzwoni Aisha, moja najlepsza przyjaciółka.

— I co, dziś wielki dzień? — pyta. — Posłuchaj, już i tak jestem zdenerwowana, nie musisz mi jeszcze dokładać. — Ależ kochana, przecież nie podejmujesz papieża. To tylko twój facet. Tylko mój facet, jak ona może tak mówić? To nie jest „tylko” mój facet, to najważniejszy facet, jakiego kiedykolwiek miałam.

Maximiliena spotkałam miesiąc temu. A dziś po raz pierwszy robię dla niego kolację. Byliśmy kilka razy w restauracji, zamawialiśmy pizzę, jedliśmy tosty z masłem orzechowym o drugiej nad ranem, ale on jeszcze nigdy nie skosztował moich potraw. Po teście na seks, który, zdaniem Maxou, zdałam śpiewająco, przyszedł czas na test talerza. Nie daje mi spokoju zdanie, które w zeszłym tygodniu przeczytałam u dentysty w zbiorku sentencji: „Droga do serca mężczyzny wiedzie przez jego żołądek”.

— Powiedziałaś mu chociaż? — O czym? — Że nigdy nie przyrządzałaś japońskich potraw? — No… tak, tak. Nie przyznam się przecież swojej przyjaciółce, że Maxou usłyszał ode mnie coś całkiem innego. Pamiętam, jak niecałe dwa tygodnie temu siedzie- liśmy obok siebie na macie w najlepszej japońskiej restauracji w Montrealu; za plecami mieliśmy zasunięte

duże drzwi. Degustowaliśmy obrzydliwie drogie sushi. Sami na świecie.

— Uwielbiam japońską kuchnię — rzucił Maximilien. — Jest zdrowa i świeża. — O tak, ja też. Wiesz, że to stosunkowo proste potrawy? — Naprawdę? — Tak, tak, przyrządzę ci coś, sam zobaczysz. Sushi, maki, nigiri. Robiłam to już kilka razy. Łatwizna. — No tak, nie da się ukryć, że masz wszelkie możliwe talenty, kochanie. I właśnie dlatego dziś, w tę deszczową, styczniową sobotę — przez cholerne globalne ocieplenie rozwaliła mi się fryzura — biegam od księgarni do sklepu rybnego, wstępując po drodze do butiku z azjatyckimi ciuchami.

Wracam do rozmowy z Aishą.

— Sądzisz, że kimono to przesada? Cisza na linii. Najwyraźniej Aisha nie uważa, że to dobry pomysł. Zazwyczaj słucham rad przyjaciółki, ale tym razem boli mnie serce na myśl, że na próżno wydałam 275 dolarów. Bo ja wybrałam prawdziwe kimono, importowane z Japonii, a nie jakąś nędzną imitację za 20 dolców, podobną raczej do szlafroka.

Moje kimono jest z czerwonego jedwabiu, ozdobione złotymi kwiatuszkami i ma szerokie rękawy. Wspaniałe, choć może nieco zbyt teatralne.

— No dobra, włożę je chyba późnym wieczorem, już po kolacji. — Myślę, że tak będzie rozsądniej. Wiesz, że masz skłonność do przesady w relacjach z facetami. Przypomnij sobie JeanaFrançois, no i Étienne’a. Postaraj się nie wystraszyć następnego.

To prawda, w kwestiach związków nie jestem zbyt utalentowana. Moi faceci mają nieznośny nawyk rzucania mnie po kilku miesiącach, twierdząc, że jestem namolna, że działam za szybko.

Ja uważam się raczej za stuprocentową babkę, ale ta definicja chyba niezbyt im odpowiada.

Obiecałam Aishy, że tym razem będę uważać, że nie będę się spieszyć. Nie powiem od razu Maksowi

o tym, że pragnę się do niego przeprowadzić. Nie zacznę kartkować przy nim Leksykonu imion. Zrobię to po kryjomu. Bardzo mi na nim zależy. W końcu nie każdego dnia spotykamy francuskich dyplomatów, mieszkających w ogromnych domach w SaintLambert.

Maximilien Lhermitte. Wyrafinowany i wykształcony mężczyzna, który bez wątpienia jest spokrewniony z moim ulubionym francuskim aktorem, Thierrym Lhermitte’em. Będę musiała to sprawdzić. Maxou nie badał swoich korzeni, co jest dość zadziwiające jak na trzydziestodziewięcioletniego Francuza.

I wbrew wszelkim oczekiwaniom zainteresował się dziewczyną taką jak ja. Charlotte Lavigne, lat trzydzieści trzy. Nie lekarką, nie adwokatką, nie żadną panią profesor i nie matematyczką, a zwyczajną researcherką z telewizji. Jedyną córką pracownika fizycznego i agentki nieruchomości z przedmieścia Montrealu. Rozumiecie teraz, czemu się stresuję?

— Charlotte, jesteś tam? — Przepraszam, Aisho. A co u ciebie? Co robisz wieczorem? — No cóż, dla mnie to zwykła, spokojna sobota. Wypożyczyłam Pod słońcem Toskanii. Pewnie będę spijać resztki czerwonego wina, które zostały mi po sylwestrze, i jeść chipsy warzywne. Auć! Odkąd spotkałam Maximiliena, spędzam z nim każdą sobotę. To chyba normalne, prawda? Problem w tym, że mam wyrzuty sumienia wobec Aishy. Dawniej to z nią spędzałam sobotnie wieczory. Często w restauracji, ale też u niej albo u mnie w domu — gotowałyśmy razem, piłyśmy białe wino i przeklinałyśmy wszystkich facetów świata. Oprócz naszych ojców, rzecz jasna.

To Aisha zdradziła mi sekrety kuchni maghrebskiej. W tym najważniejszy: jak przyrządzać kuskus sposobem jej matki; patent z czasów, gdy cała jej rodzina mieszkała w Tunezji.

Nigdy tak naprawdę nie zrozumiałam, do czego służą te wielogodzinne zabiegi towarzyszące gotowaniu semoliny, skoro można to zrobić w ciągu kilku sekund. Wystarczy ją zagotować i po sprawie.

Zrobiłam to raz w obecności Aishy. Błąd. Musieli- byście zobaczyć jej zbulwersowaną minę. Wyrzuciła wszystko do kosza, mówiąc, że takie coś przynosi pecha i że w Tunezji każda kobieta, która chce znaleźć męża, musi odpowiednio przyrządzać kuskus.

Nie wydaje mi się, by tutejsi mężczyźni rozróżniali te dwie metody, ale nie chcę pozbawiać przyjaciółki złudzeń, więc odtąd nigdy nie gotuję semoliny. W każdym razie nie wtedy, gdy Aisha jest ze mną.

Moja przyjaciółka od wielu lat desperacko szuka faceta. Swoją drogą, nie rozumiem, dlaczego nadal jest sama. Ma duże, brązowe, wyraziste oczy — mogłaby oczarować jednym ruchem rzęs. Jej czarne, lśniące loki opadają na delikatne ramiona. Aisha wygląda jak arabska księżniczka, opowiadająca Baśnie z tysiąca i jednej nocy.

Jest niziutka, ma duże piersi, jędrne i krągłe. Nigdy jej tego nie powiedziałam, ale najbardziej zazdroszczę jej biustu. Mój jest mały, powiedziałabym, że wręcz mikroskopijny. Przez długi czas nosiłam za duże staniki, wypchane starymi nylonowymi pończochami.

Piersi to jeden z moich rozlicznych powodów do kompleksów. Należy też do nich mój nos, który uważam za zbyt zadarty. Chociaż wszyscy uważają, że jest śliczny i uroczy, ja wolałabym coś, powiedzmy, bardziej konwencjonalnego.

No i usta, niewystarczająco pełne. Jako nastolatka chciałam być podobna do Julii Roberts z Pretty Woman, poprosiłam więc kuzyna, żeby uderzył mnie łapką na muchy. Miałam nadzieję, że usta spuchną.

Czy zrobił to specjalnie? Tego nie dowiem się nigdy, tak czy inaczej uderzył wyżej i mocniej, niż się umawialiśmy. Poza tym zrobił to kilka razy.

Miałam czerwony, spuchnięty nos. I musiałam powiedzieć rodzicom, że użądliła mnie osa. Od tej pory matka myśli, że mam uczulenie na osy, i urządza straszliwy cyrk, gdy spacerujemy na wsi, a ja nie mam przy sobie EpiPenu.

Na szczęście niektóre części mojego ciała nawet mi się podobają. Na przykład ręce. Są delikatne, szczupłe.

Tipsy dodają im klasy. Ozdobione pierścionkiem z fałszywym diamentem i francuskim manikiurem, wyglądają jak dłonie gwiazdy.

Lubię też swoje ciemne, półdługie włosy. Zwłaszcza od czasu, gdy nauczyłam się ujarzmiać je prostownicą. Koniec z brzydkimi kędziorami.

Ale najbardziej lubię swoje duże, zielone oczy, które w makijażu wyglądają na jeszcze większe. Szczególnie wtedy, gdy maluje mi je Aisha. Ona ma dar wydobywania ze mnie cech wampa. Cóż, zgadzam się, nie są to moje cechy dominujące. Ale — tak jak każdej kobiecie — zdarza mi się marzyć, że jestem kimś, kto może mieć u stóp wszystkich mężczyzn, wystarczy tylko, że mrugnie.

— Aisho, muszę kończyć, zbliżam się do samochodu. Nie jesteś zła, że znów zostawiam cię samą w sobotni wieczór? — Nie, skąd, zajmij się Maksem, to jest najważniejsze. Co mu gotujesz? — Ach, same proste potrawy. Na przystawkę zupa miso i sushi. Później makrela i może też koryfena. Chyba że zdecyduję się na marlina. Tak naprawdę to jeszcze nie wiem, co podam na danie główne. — A na deser? — Banany smażone w miodzie. — Ale to nie jest japońskie danie! — Wiem, ale nie ma japońskich deserów. A ja nie mogę zrezygnować z deseru. Mój facet uwielbia słodycze. — No tak, rozumiem. Uważaj przy smażeniu, Charlotte. — Spokojnie, będzie dobrze. Banany mnie nie stresują, stresuje mnie reszta. Nie mogę spaprać sushi. — Jak ci nie wyjdą, możesz pójść do sklepu, teraz sprzedają je wszędzie. — To nie to samo, coś ty, te ze sklepu smakują jak plastik. Moje będę smakować miłością, którą włożę w ich przyrządzenie. — Ach, ty moja niepoprawna romantyczko! Nie zapomnij o naszej umowie: jeśli będziesz czegokolwiek potrzebować, wysyłasz mi SMSa. Nie ruszam się z domu. Baw się dobrze. — Cześć, kochana. Dojeżdżam do domu i z trudem wspinam się po schodach, obładowana paczkami. Stopnie znów są oblodzone, muszę uważać, żeby nie upaść.

Gdy nieco ponad rok temu Maxou przyjechał do Montrealu, był oczarowany zewnętrznymi schodami domów na PlateauMontRoyal. W Paryżu — mówił — klatki schodowe są często ciemne i wilgotne.

Tutejsze schody może i są urocze, ale lepiej nie mówić o ich aspekcie praktycznym. Przekręcam klucz w zamku. Bóg mi świadkiem — zasłużyłam na kieliszek białego wina!

Gdy gotuję dla relaksu, często serwuję sobie białe wino. A latem — różowe. Cały wic polega na tym, żeby nie wypić więcej niż dwa kieliszki. Nazwałam to zasadą dwóch kieliszków. Gotowanie wymaga precyzji i koncentracji.

Pierwszy etap: zupa miso. Nic prostszego. Woda, miso, tofu, algi, trochę warzyw. Hop, hop, hop! Wszystko dusimy.

Drugi kieliszek dla kucharki i bierzemy się do sushi. „Do walki, ludu, stań! Mąż z mężem, z bronią broń! Na bój! Na bój!”1

Ten dzwonek oznacza telefon od mojego faceta. Maxou nie był zbyt zadowolony, gdy powiedziałam mu, że kojarzy mi się z Marsylianką. Nie żeby wstydził się swoich korzeni — wręcz przeciwnie — ale uważa, że fragment, który wybrałam, nie odpowiada jego pokojowemu nastawieniu do świata.

— Halo, kochanie! — witam go z entuzjazmem. — Dobry wieczór, Charlotte, jak się miewasz? — Wspaniale, zaczynam robić sushi. — Właśnie, a propos… O nie, mam nadzieję, że wszystkiego nie odwoła, nie może mi tego zrobić.

— Nie dotrę do ciebie na czas. Spóźnię się przynajmniej godzinę, moje spotkanie ciągnie się w nieskończoność. Może być? Uff…

— Tak, tak, nie ma problemu. Zaczekam na ciebie spokojnie. Nie spiesz się. — Przykro mi, Charlotte, przyjadę, gdy tylko będę mógł. Do zobaczenia. Doskonale, będę miała czas na relaks, na długą kąpiel z pianą, a nawet na wyregulowanie brwi. Ale teraz najważniejsze jest sushi.

To zabawne, jak po drugim, sporym — a nawet bardzo dużym — kieliszku wina wszystko wydaje się proste. Zwijanie maki to dziecinna igraszka, gdy używa się specjalnej maty. Kawałek ogórka, awokado, zielonej cebulki… A gdyby tak spróbować z owocami? O, na przykład mango, zielone jabłka, czemu nie? Nadziewamy tym wszystkim ryż, owijamy liśćmi nori. I wychodzą śliczne, małe roladki, które podam z sosem sojowym, marynowanym imbirem i wasabi. Och, Maxou będzie pod wrażeniem!

Płyn do kąpieli nazywa się „Romantyczny wieczór”. Pachnie granatem, kwiatem ogórka, jaśminem i melisą. W każdym razie tak jest napisane na opakowaniu. Na razie mój nos wyczuwa tylko niewyraźną woń, owocową i sztuczną. Nieważne, kąpiel na pewno mnie odpręży.

Zanurzam się w ciepłej wodzie i myślę o tym, co mnie czeka. To będzie idealny wieczór. Kupiłam nawet szczoteczkę do zębów i bokserki na zmianę dla Maxou. Więc nawet jeśli zostawi swoją torbę w SaintLambert, nie będzie się mógł wykręcić od spania tutaj. Cholera, muszę jeszcze pamiętać, żeby zmienić pościel!

Wszystko gotowe, świece zapalone, makrela marynuje się w miso. Ostatecznie wybrałam rybę łowioną na półwyspie Gaspé. To nada lokalny koloryt mojej ja- pońskiej kolacji.

W sypialni przeglądam się w lustrze i jestem zadowolona z tego, co widzę. Wybrałam czarnoróżową bieliznę, którą dopiero co kupiłam. Ups. Zapomniałam o tym wydatku. To zwiększa liczbę dzisiejszych rachunków — jest ich osiem.

Moje nowe kimono grzecznie czeka na wieszaku. Mam straszną ochotę je włożyć, ale obiecałam Aishy… Nie, tak naprawdę niczego jej nie obiecywałam.

Uwielbiam, gdy moja skóra styka się z delikatnym jedwabiem. To takie zmysłowe… Powoli wsuwam ręce w rękawy, jedną, potem drugą. Do tego momentu wszystko idzie dobrze, to nawet proste. Później sprawa się komplikuje: który z prostokątów mam zawinąć najpierw? Próbuję ten lewy. Hm… chyba nie, wyglądam strasznie grubo. A może ten z drugiej strony?

Ding! Za późno, ktoś dzwoni do drzwi. Szybko wkładam dżinsy i nowy czarny sweterek z koronkowymi rękawami, kupiony na przecenie w Boxing Day2. Błyszczyk na usta i już, już otwieram drzwi. Jest.

Nie widziałam go od trzech dni. Jest jeszcze przystojniejszy niż w moich wspomnieniach. Maximilien ma jasne włosy, przystrzyżone nieco za krótko jak na mój gust, ale za miesiąc będą idealne. Patrzy na mnie z uśmiechem, za który niejedna modelka z reklamy pasty do zębów oddałaby wszystko. Ten uśmiech sprawia, że rozszerzają mi się źrenice, miękną mi nogi i…

o reszcie powiem wam później. — Dobry wieczór, Charlotte — mówi, podając mi bukiet różowych lilii i butelkę szampana. Uwielbiam dobre maniery Maxou. „Dobry wieczór” ma znacznie więcej klasy niż „hej” albo „cześć”.

— Te kwiaty są wspaniałe, Maxou, nie trzeba było…

Całuje mnie czule i mocno przytula. Gdybym miała zrobić naprawdę to, na co mam ochotę, zerwałabym z niego koszulę i całą resztę i pociągnęła go prosto do sypialni. Ale pamiętam, co obiecałam Aishy. Nie za szybko. Zaczekajmy, aż wypije choćby kieliszek szampana.

W czasie gdy walczę z folią, w którą owinięte są kwiaty — być może powinnam jednak użyć nożyczek, moje paznokcie nie są wystarczająco skuteczne — Maximilien zaczyna opowiadać mi o swoim dniu. Biedny chłopiec, wygląda na wykończonego.

— Przyjechałem prosto z konsulatu, co za szalony dzień! Wiesz, że mieliśmy… wielką wizytę, jak to nazywacie. Mój facet uwielbia wyrażenia z Quebecu. Bawi go używanie ich od czasu do czasu. Jest taki słodki, gdy wymawia je z francuskim akcentem.

— Ach tak, tak, wizytę tego… no… Próbuję zyskać na czasie i zastanawiam się szybko, jakie ważne osobistości przebywają obecnie w Montrealu. Jest Madonna, która daje dwa koncerty, dziś i jutro wieczorem, ale po jakie licho szłaby do francuskiego konsulatu?

— No tak, Nicolasa Sarkozy’ego. Faktycznie. Przypominam sobie nagle pasek przesuwający się na ekranie w czasie Wiadomości: „Prezydent Francji z dwudniową roboczą wizytą w Quebecu”.

— I dobrze poszło? — Tak, PierreFrançois i ja towarzyszyliśmy mu przez cały dzień w spotkaniach. W dodatku musiałem zajmować się francuskimi dziennikarzami: ekipa odpowiadająca za kontakty z mediami miała zbyt dużo pracy z tymi z Quebecu.

PierreFrançois to PierreFrançois Perrin, konsul generalny Francji w Montrealu. Maximilien jest jego prawą ręką. Pracuje na stanowisku szefa kancelarii. Z tego, co zdążyłam się zorientować, to dość pojemny tytuł. Tak czy inaczej — wiem już, że często bywa bardzo zajęty.

— Jestem wykończony. Naprawdę mam ochotę na szampana. Chcesz, żebym otworzył butelkę? — Nie, nie, ty odpoczywaj, ja to zrobię. Mam nadzieję, że nie stanie się to, co ostatnio, gdy otwierałam szampana. W pracy, w obecności całej ekipy. Właśnie skończyliśmy nagrywać odcinek specjalny programu — o szampanie — i zatrzymaliśmy dla siebie kilka butelek.

— Charlotte, otwórz ostatnią — poprosiła realizatorka. Nieco wstawiona po kilku kieliszkach świetnego różowego szampana, zabrałam się za to z marszu, niewiele myśląc. Ponieważ mam skłonność do przesady, postanowiłam podkreślić swój wyczyn gratulacjami dla całej ekipy. Trzymając mocno butelkę w prawej ręce, wskazywałam nią kolejno swoich kolegów, kierując do każdego kilka słów. A potem ją otworzyłam.

Katastrofa! Gdy tylko wyskoczył korek, szampan rozprysł się na wszystkie strony, ale głównie w kierunku naszej księżniczki — gospodyni programu.

Pamiętam jej satynową sukienkę, błękitną, całą w bąbelkach, ale przede wszystkim pamiętam jej spojrzenie. Nigdy nie widziałam tak wściekłej Roxanne.

Potrzebowałam dwóch tygodni i kilku tabliczek gorzkiej czekolady z papryką z Espelette, żeby nareszcie mi wybaczyła.

Teraz wiem, że nigdy, przenigdy nie należy potrząsać butelką szampana. Powinnam więc sobie poradzić. Na trzy — otwieram. Liczę: raz, dwa, trzy. Oczywiście w myślach. Spokojnie odkręcam korek i pozwalam mu delikatnie wysunąć się z szyjki, podtrzymując go przez cały czas, żeby mi się nie wymknął. Tak jak Maxou.

Puk! Piękny dźwięk, wyraźny i jasny. Udało mi się nie zrobić żadnych szkód. Yes! To dobra wróżba na resztę wieczoru.

— Co to jest? — pyta Maximilien, gdy podaję mu edamame wraz z kieliszkiem szampana. — Japońska przystawka. Młoda soja, do aperitifu. — Je się ją razem ze strączkami? — Tak, to jest jak zielony groszek, tylko trochę większe. Cóż, teraz widzę, że znacznie większe. A mimo to sprzedawca powiedział mi, że trzeba to jeść ze strąkami.

Maxou podnosi strączek do ust, a ja zaczynam wątpić. A może źle zrozumiałam? Trzeba przyznać, że angielszczyzna Japończyka była dość bełkotliwa.

Cóż, najlepiej będzie, jak sama spróbuję. Pierwsze wrażenie — chrupkość i świeżość. Później zaczyna być gorzej, strączek jest twardy i łykowaty. Oczywiście nie da się go połknąć. Odwracam się do swojego faceta.

— Maxou? Na jego widok moje serce przestaje na chwilę bić. Mój ukochany ma czerwoną twarz i przystawia dłonie do szyi. Otwiera szeroko usta, ale nie wydaje żadnego dźwięku. Dławi się tym cholernym strąkiem.

Bez paniki, nauczyłam się chwytu Heimlicha. Co prawda dawno temu, ale jeśli się skupię, na pewno sobie go przypomnę.

Ruch ma być ostry i brutalny. Staję za plecami Maksa i mocno przyciskam obie pięści do jego żołądka. Raz, drugi, trzeci. Nic. Nadal się krztusi.

Cisnę jeszcze mocniej. Dalej, Charlotte, włóż w to całą swoją siłę, uda ci się.

Piąty ruch jest skuteczny. Maxou wypluwa strąk edamame, który niemal odebrał mu życie. Następnie opada na sofę w ciężkim stanie. Uff! Mało brakło!

Maxou dochodzi do siebie, a ja opróżniam butelkę szampana, esemesując rozpaczliwie do Aishy: „Omal nie zabiłam swojego faceta”. I wciskam „wyślij”.

Minutę później dzwoni mój telefon.

— Jak to: omal nie zabiłaś swojego faceta? — pyta Aisha. — Aisho, jestem idiotką, poczęstowałam go edamame ze strąkami, a on się zakrztusił. — Ale teraz w porządku? — Tak, tak, odpoczywa, a ja zaczynam wariować. Ależ ze mnie kretynka! Mógł umrzeć, wyobrażasz sobie? Można umrzeć od strąka? — Raczej rzadko się o tym słyszy. — Francuski dyplomata ginie podczas kolacji w stylu japońskim. Myślisz, że mogliby mnie oskarżyć o nieumyślne spowodowanie śmierci, bo nie wiedziałam, że ziarna je się bez strąków? — Charlotte, nie pij więcej, ponosi cię. — To jasne, że on nie będzie mnie chciał znać, jesteśmy razem od miesiąca, a ja już wywinęłam taki numer… — mówię, nalewając sobie kolejny kieliszek szampana. — Charlotte, nie bądź taką pesymistką… — Ale co ja mam teraz zrobić? — Uspokój się i daj mu odpocząć. Gdy się ocknie, przeproś go i podaj kolację. To nie koniec świata. — Dobrze, złotko. Tak się cieszę, że jesteś. Godzinę później butelka szampana jest pusta, a ja nadal siedzę sama przy kuchennym stole. Za plecami słyszę jego kroki.

— Ach, Maxou, lepiej się czujesz? Wybacz mi, tak bardzo, bardzo mi przykro. — Nie szkodzi, Charlotte, nie zrobiłaś tego specjalnie — mówi. Ma jeszcze trochę szkliste oczy, a jego biała koszula, zwykle bez skazy, jest cała wygnieciona. — Ale powinnam była wiedzieć takie rzeczy. Idealna pani domu nie pozwala, by jej goście dławili się podczas aperitifu. — Kto powiedział, że musisz być idealna? — Ja. — Nie musisz. Poza tym uratowałaś mnie. Gdzie się tego nauczyłaś? — Gdy jako ratownik zarabiałam na studia. Wygląda na to, że ta umiejętność wróciła do mnie wraz z przypływem adrenaliny. — Dziękuję ci, Charlotte. Jest mi tak wstyd, że nie mam ochoty dłużej o tym rozmawiać. Żeby zmienić temat, pytam, czy jest głodny. — Nie tak od razu, ale chętnie napiję się jeszcze szampana. Ups. Patrzę na pustą butelkę z narastającym poczuciem winy. Po raz nie wiem który zaczynam przepraszać.

— Ale mam świetne sake do sushi, może chcesz spróbować… — Chodź tu — mówi, wracając na sofę w salonie. Podchodzę, nieufna. Czuję, że po raz kolejny usłyszę znajome słowa „Wiesz, myślę, że powinniśmy nabrać nieco dystansu… Muszę pomyśleć, zanim zaangażuję się bardziej… możemy zostać przyjaciółmi, jeśli chcesz… bla, bla, bla”. I już mam łzy w oczach.

Siadam obok Maxou. Pochylam głowę, wbijam spojrzenie w podłogę i czekam na wyrok. Jak skazana na śmierć. Zrezygnowana.

Otacza mnie muskularnymi ramionami i czule całuje w szyję. Lewą ręką chwyta mój podbródek, odwracam się do niego. Patrzy mi prosto w oczy i szepcze:

— Wiesz, że jesteś jedyna na świecie? Uff, odroczenie wyroku. Ale żadnych więcej gaf, Charlotte, żadnych gaf. Atmosfera rozluźnia się nad talerzem sushi. Opowiadamy sobie „o dniu, w którym zachowałem/zachowałam się kretyńsko”. Kolej na Maxou.

Opowiada mi historię, która zdarzyła się kilka lat temu, podczas targów książki w Paryżu, a wiązała się ze słynnym autorem powieści historycznych. Przyjacielem jego matki.

— Przyszedłem tam ze znajomymi, rozmawialiśmy o jego ostatniej książce. Była beznadziejna, ale wszyscy twierdzili, że to arcydzieło. Miałem tego dość i powiedziałem: „Ta powieść jest taka jak jej autor, staromodna i zupełnie nieciekawa”. I wtedy mój kumpel Yannick zaczął dawać mi jakieś dziwne znaki. Usłyszałem za plecami: „Maximilien, co u pana słychać?”. Odwracam się i kogo widzę?

— Autora, o którym mowa. — Tak. Najwyraźniej wszystko usłyszał. Śmieję się, żeby mu sprawić przyjemność. To rzeczywiście żenująca sytuacja, ale nie na tyle, żeby nazwać ją „kretyńskim zachowaniem”. Jeśli on w ten sposób wychodzi na idiotę, to lepiej, żebym nie opowiadała mu własnych przygód.

— A ty? — pyta mnie. — Mam ci do opowiedzenia mnóstwo anegdot, ale nie dzisiaj. Przepuszczę swoją kolejkę. Jak ci smakuje sushi? — Bardzo dobre. Oryginalny pomysł — wegetariańskie sushi. Jak to, wegetariańskie? A gdzie ekologiczny łosoś, za którego zapłaciłam majątek? Cholera! Został w samochodzie!

Otwieramy drugą butelkę sake, a ja nie mam wcale ochoty na przyrządzanie ryby. Ani ja, ani Maxou nie jesteśmy jeszcze głodni.

— Opowiedz mi o swojej pierwszej dziewczynie. — Naprawdę chcesz to wiedzieć? — Tak. Opowiedz mi wszystko. Ile miałeś lat? — Pierwszą prawdziwą dziewczynę miałem chyba w okolicach osiemnastki. Béatrice BachelotNarquin.

Nasz związek trwał dwa lata i to ona mnie rzuciła. Później przez wiele lat dochodziłem do siebie.

— Biedaczek. Jaka była? — Z wyglądu? — Tak. Blondynka? Brunetka? Ruda? Wysoka? Niska? Pulchna? — Po co chcesz to wszystko wiedzieć? — Po nic. Żeby pogadać i tyle. Po raz pierwszy okłamuję swojego ukochanego. Chociaż w sumie nie do końca. Powiedziałam mu, że nie mam samochodu i że jestem fanką komunikacji miejskiej. To tylko półprawda.

Tak, często jeżdżę autobusem i metrem, ale mimo wszystko mam samochód. Tylko nie chcę, żeby on

o tym wiedział. Po pierwsze, ktoś, kto nie ma samochodu, jest bardziej ekotrendy. Po drugie, mój samochód to jeżdżąca kupa złomu. Dlatego wstydzę się nim kogokolwiek wozić. Zatem on myśli, że zimą jeżdżę komunikacją miejską, a latem na rowerze. Mam zresztą zamiar kupić rower tej wiosny, taki z małym koszyczkiem na zakupy i z dzwonkiem. To bardzo szykowne, gdy w ten sposób anonsujemy się, jadąc.

Ale na razie skupiam się na tym, by jak najwięcej dowiedzieć się na temat jego pierwszej dziewczyny. Instynkt podpowiada mi mi, że jeszcze nie całkiem wyleczył się z tej historii.

— Była blondynką i miała zielone oczy, podobne do twoich, ale nie takie piękne. — Czaruś… Widziałeś się z nią… po waszym zerwaniu? — Na krótko przed moim wyjazdem z Paryża, spotkałem ją przypadkiem. Nie widziałem jej od lat, ale nic się nie zmieniła. Prawie. Jego oczy przybierają na moment taki wyraz, jak gdyby zagłębiał się w szczęśliwych wspomnieniach.

— I co robiliście, gdy ją spotkałeś… przypadkiem? Maxou, wyrwany z marzeń, bierze ze stołu butelkę sake.

— Dobra ta twoja sake, Charlotte. Dolać ci? Tego już za wiele. Chłopak, który unika odpowiedzi w tak subtelny sposób, na pewno ma coś do ukrycia, to pewne.

— Przepraszam, zaraz wracam — mówię i idę do toalety. Po drodze chwytam dyskretnie iPhone leżący na blacie. Siadam na brzegu wanny i piszę: „Béatrice Bachelot

Narquin” w wyszukiwarce Google. Nie jest trudno znaleźć kogoś o takim nazwisku. Zresztą gdy już się biorę do szukania, jestem w tym najlepsza na świecie. No, powiedzmy — najlepsza w Quebecu.

Twarz wroga pojawia się na stronie francuskiego towarzystwa, wyspecjalizowanego w zarządzaniu zasobami ludzkimi i restrukturyzacją. Czyli mówiąc po ludzku — wywalaniem pracowników.

Béatrice BachelotNarquin, główna wspólniczka, Grupa Eurova. Tak jak się obawiałam — jest naprawdę piękna. Uroczy uśmiech, oczy drapieżnika.

Patrząc na fotografię grupową, odkrywam, że na domiar złego ma najdłuższe nogi, jakie kiedykolwiek widziałam. A w dodatku nosi szpilki i miniówkę. Cóż, na szczęście mieszka ponad pięć tysięcy kilometrów stąd i dzieli nas ocean.

Nagle nachodzi mnie ochota na coś słodkiego. Wracam do kuchni i zaczynam szykować smażone banany. To przepis, który jestem w stanie wykonać z zamkniętymi oczami. Mam szczęście, bo dawno już przekroczyłam limit dwóch kieliszków, na które zazwyczaj pozwalam sobie w trakcie gotowania.

Maxou kartkuje książki, które położyłam na stoliku w salonie: Przepisy naszych babć, Pataty na wszelkie sposoby, Szalone dania w szkle, Sto sposobów na jagnięcinę z Quebecu, Desery dla początkujących i tak dalej.

— Gotowanie jest twoją prawdziwą pasją — stwierdza. — Tak, uwielbiam to. A moją drugą pasją jesteś ty — mówię, wsuwając delikatnie dłonie pod jego koszulę.

Moje palce pieszczą powoli dół pleców Maxou, zatrzymując się na dłużej w zagłębieniu tuż nad linią pośladków, a potem spokojnie wracają na przód, do rozporka.

— Ach, więc jestem na drugim miejscu? — rzuca z fałszywym oburzeniem. Kolejno rozpina guziki mojego koronkowego sweterka, odsłania mi ramiona, zdejmuje prawy rękaw, potem lewy. Jego dłonie wędrują po moich żebrach, wargi muskają szyję, a potem piersi. Zsuwa mi powoli ramiączko czarnego biustonosza z różową koronką. Wreszcie nadszedł moment, na który czekałam przez cały wieczór.

Iiiiii — rozlega się cienki świst i wyrywa mnie z rozkosznego stanu. Tak bardzo zapamiętałam się we własnym szczęściu, że nie zauważyłam czarnego dymu, który zaczął się snuć po całym mieszkaniu.

Kątem oka zerkam do kuchni. Z ustawionego na kuchence kociołka buchają płomienie. Olej roślinny, na którym smażę banany, zmienił się w prawdziwą pochodnię. Pali się! Pali!

Skulony Max kaszle, jakby za chwilę miał sobie wyrwać płuca. Mój Boże, przecież on jest astmatykiem!

Drzwi wejściowe otwierają się nagle z hukiem, wpuszczając nieco świeżego powietrza, co pozwala Maxou złapać oddech.

Zbliża się do nas jakaś postać, którą ledwo dostrzegam w gęstym dymie. Pieką mnie oczy, drapie w gardle, nie jestem w stanie wymówić ani słowa.

— Charlotte! Charlotte! — krzyczy postać. Z ulgą rozpoznaję głos mojego sąsiada i najlepszego przyjaciela, Ugo. Ugo, bez H, dla przyjaciół.

— Tutaj, Ugo! Tutaj! Rozpacz sprawia, że odzyskuję głos. Znów słyszę, jak Maxou kaszle i z trudem łapie powietrze. Siedzi teraz na podłodze, opierając głowę na sofie.

Musimy się stąd wydostać. Przecież nie może umrzeć zaczadzony w moim mieszkaniu, w czasie pierwszej kolacji. Przeżył strąki edamame, przeżyje smażone banany!

— Wyprowadź Maxa — mówię do Ugo. W obecności przyjaciół wolę nie używać przezwiska, jakie nadałam Maximilienowi. Zwłaszcza że on sam jeszcze się do niego nie przyzwyczaił.

— Dziwny moment na pierwsze spotkanie z twoim nowym facetem — odpowiada Ugo, chwytając prawą rękę Maxou i zakładając ją sobie na ramię. Kilka chwil później stoimy wszyscy na chodniku przed domem, w którym mieszkamy — Ugo na parterze, ja piętro wyżej. Maxou stoi oparty o latarnię i powoli dochodzi do siebie.

Patrzę na dym wydostający się z domu. Jestem przemarznięta i całkowicie ogłuszona swoim głupim wyczynem.

— Pójdę po gaśnicę — odzywa się Ugo, a jego głos sprowadza mnie na ziemię. Muszę zareagować, moje mieszkanie idzie z dymem. Stracę wszystkie swoje wspomnienia.

— Mógłbyś przy okazji przynieść koc? — pyta Maxou, zerkając w moją stronę. — Tak, przyniosę. I wtedy dociera do mnie, że wprawdzie jestem pogorzelcem, ale pogorzelcem w czarnym biustonoszu z różową koronką. Na chodniku zaczynają gromadzić się gapie, a mój nowy facet zapewne zastanawia się, co on tu robi. Mam ochotę zapaść się pod ziemię.

Ugo cudem gasi płomienie. Strażacy, po których zadzwonili sąsiedzi, zostają do czasu, aż stwierdzą, że niebezpieczeństwo minęło. Przed odjazdem strzelają mi gadkę umoralniającą na temat ryzyka, jakie niesie za sobą smażenie na oleju w garnku. Następny mój zakup: frytkownica.

Po powrocie do domu otwieram wszystkie okna, żeby wypuścić dym. Maxou, jak się zdaje, doszedł już do siebie, bo zbiera swoje rzeczy.

— Nie sądzę, że można tutaj dzisiaj spać — mówi. — Chcesz, żebyśmy pojechali do ciebie? — Charlotte, myślę, że lepiej będzie, jak zostaniesz tutaj — mówi po krótkiej chwili milczenia. — Mogłabyś się przespać u Ugo. W razie problemów będziesz w pobliżu. Wrócę do domu taksówką. Muszę przyznać, że ma rację, chociaż łamie mi serce. Wyobraziłam sobie inny scenariusz tej pierwszej kolacji w moim domu. Znacznie bardziej romantyczny niż ogień w garnku.

— Okay. Zdzwonimy się jutro? — pytam z nadzieją. — Tak, tak, zdzwonimy się jutro. Całuje mnie w czoło. Pozwalam mu odejść. Czuję, jak usycham od środka. Ugo, który nie uronił ani słowa z naszej rozmowy, patrzy na mnie z litością. I z dezaprobatą.

— No dalej, piękna, idziemy. Tu zaczyna się robić strasznie zimno. Ugo bierze mnie za rękę i pomaga wstać z krzesła, na które opadłam. — Nie mogę uwierzyć, że wszystko zepsułam — mówię, chwytając po drodze butelkę z resztką sake, którą natychmiast przykładam do ust w rozpaczliwym, całkowicie pozbawionym klasy geście.

— Dobra, dość tego — nakazuje Ugo, wyjmując mi sake z rąk. Ugo od zawsze jest moim aniołem stróżem. To on pomógł mi się pozbierać, gry JeanFrançois rzucił mnie dla tancerki z Les Grands Ballets Canadiens. To samo zrobił, gdy Étienne spakował walizki zaledwie miesiąc po tym, jak wprowadził się do mojego mieszkania, i zabrał ze sobą maszynkę do espresso.

Wtedy Ugo naprawdę się wściekł. To on dał mi ten ekspres na trzydzieste urodziny. Próbował go odzyskać i poszedł do Étienne’a, ale blondynka przy kości, która otworzyła drzwi, nie wpuściła go do mieszkania. Odtąd częstuję Ugo zieloną herbatą. Do czasu aż będę miała wystarczająco dużo pieniędzy i kupię sobie nowy ekspres.

— Zaczekaj, zanim wyjdę, wezmę jeszcze ostatnią rzecz. Wracam do sypialni. Łóżko, posypane sztucznymi płatkami róż, przypomina mi boleśnie o tym, co tak naprawdę powinnam teraz robić.

— Charlotte, na dole mam wszystko, co trzeba. Ostatnio zostawiłaś u mnie nawet piżamę. Wiesz, tę z Kubusiem Puchatkiem. Tak, ale dziś w nocy nie mam ochoty jej wkładać. Nie będę spać w piżamie dla dzieci. Chcę przekonać samą siebie, że ten wieczór nie jest tak do końca stracony.

***

Siedzę na łóżku Ugo, przed sobą mam tabliczkę gorzkiej czekolady z solą. Patrzę czule na swojego przyjaciela.

— Przepięknie wyglądasz, Charlotte — zauważa. — To kimono świetnie ci pasuje.

Nie do końca mu wierzę. Tak, kimono jest przepiękne, ale nie można tego powiedzieć o moich rozwichrzonych włosach, podpuchniętych oczach i policzkach uczernionych tuszem do rzęs. Wiedziałam, że powinnam kupić wodoodporny, bo jestem płaczliwa. Ale przyjaciele w końcu od tego są, żeby nas pocieszać. A kłamstwo jest najlepszą metodą pocieszenia, jaką znam.

— Co o tym myślisz? Wyglądał na obrażonego, gdy wychodził? Albo zniechęconego? Albo zdegustowanego całym wieczorem? — Charlotte, skąd ja mam to wiedzieć? Nie znam go, nigdy wcześniej go nie spotkałem. Wydaje mi się dość zdystansowanym gościem, nie? Ale jest jeszcze bardziej przystojny, niż mówiłaś. — Hej, łapy przy sobie! Ach, Ugo, tak strasznie mi smutno. Pomyśli, że jestem złą kucharką. Nigdy nie będę na poziomie, nigdy nie zostanę babką francuskiego dyplomaty, rozumiesz to? One potrafią podejmować gości. — Ale ty to potrafisz. Przejechałbym pół świata dla twojego ossobuco. A Aisha nie może wziąć do ust tadżinu swojej matki, odkąd spróbowała twojego. Charlotte, dziś wieczorem byłaś po prostu zbyt zdenerwowana. — I zbyt wstawiona. — I zbyt wstawiona. Zasada dwóch kieliszków, Charlotte, dwóch. Zresztą liczą się przecież intencje — kończy Ugo pocieszająco. Słowa przyjaciela działają na mnie jak zimny prysznic i wyrywają ze stuporu.

On ma rację. Zrobiłam wszystko, żeby było dobrze. Biegałam po całym Montrealu, bo chciałam przyrządzić udaną japońską kolację. Wydałam majątek. Mam zresztą wrażenie, że przekroczyłam limit na swojej karcie kredytowej, ale nie śmiałam tego sprawdzić w Internecie.

Pomimo tego, co się stało, nie zasługiwałam, by porzucono mnie w zadymionym mieszkaniu, ze starym kocem na grzbiecie i z resztką sake. Niech sobie wraca na swoje bogate przedmieście! Niech wraca do Francji, do swojej Béatrice de cośtamcośtam.

Wściekła, podnoszę kołdrę Ugo i wsuwam się pod nią. Lubię u niego spać — ma zawsze świeżo wypraną pościel, która pachnie lawendą. A ja śmierdzę dymem i alkoholem.

— Idziesz spać? Patrzę, jak powoli zdejmuje ubrania. Ma trzydzieści pięć lat i jest naprawdę przystojny. Plecy, umięśnione dzięki częstym wizytom na siłowni, gładka skóra i dyskretny, celtycki tatuaż na lewym ramieniu — wszystko mi się w nim podoba.

— Ugo, nie kusi cię zmiana orientacji? Faceci i tak wiecznie cię rozczarowują. Bylibyśmy piękną parą. — Pytasz mnie o to już dziesiąty raz, a ja po raz dziesiąty mówię ci, że nie. Przebolej to, kochanie — odpowiada Ugo i kładzie się obok mnie. — Co robiłeś sam w domu w sobotę wieczorem? Nigdzie nie wyszedłeś? — Nie. Chciałem być w pobliżu na wypadek, gdybyś mnie potrzebowała. Czuwałem nad tobą. (Dodaj komentarz tekstowy ) (Dodaj komentarz tekstowy brak zawartości) Kładę głowę na jego piersi i natychmiast zasypiam.

1 Fragment Marsylianki w przekładzie Józefa Andrzeja Bossowskiego.
2 Boxing Day — dzień masowych wyprzedaży, obchodzony w Kanadzie 26 grudnia.

Paweł Mieczkowski