Czytelnia

Fragment: Śladami zbrodni – Mary Higgins Clark

Śladami zbrodni - Mary Higgins Clark

Podsyłamy świeżutki fragment książki „Śladami zbrodni”. Książka została wydana 7 stycznia 2014 nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka. Zapraszamy do zapoznania się z książką i jej fragmentem.

Śladami zbrodni - Mary Higgins Clark Śladami zbrodni – Mary Higgins Clark

Najnowsza powieść królowej suspensu. Hanna Connelly, dwudziestoośmioletnia projektantka i wschodząca gwiazda w świecie mody, dowiaduje się, że Doskonałe Repliki Connelly’ego, należąca do rodziny fabryka mebli założona przez jej dziadka została zrównana z ziemią przez wybuch, do którego doszło w środku nocy. Wszystko uległo zniszczeniu: magazyn, salony wystawowe oraz muzeum z bezcenną kolekcją zabytkowych mebli. Co gorsza, aby uciec przed płomieniami, Kate, starsza siostra Hanny, wyskoczyła z okna i teraz ciężko ranna leży w szpitalu, pogrążona w śpiączce farmakologicznej. Inspektorzy pożarnictwa badający sprawę otwarcie mówią o swych podejrzeniach, że ktoś, może nawet Kate, rozmyślnie doprowadził do wybuchu. Dręczona smutkiem i niepokojem, Hanna nie potrafi zrozumieć, z jakiego powodu siostra poszła do fabryki w nocy. Nie wie jednak, że Kate najbardziej zagrażają osoby mające dostęp do jej szpitalnego pokoju. Jedna z nich zamierza zrobić wszystko, by Kate nie odzyskała przytomności, a także by pokrzyżować szyki dążącej do poznania prawdy Hannie.

Fragment książki:

Prolog

Czasami Kate śniła o tamtej nocy i to wcale nie były obrazy z jej wyobraźni, tylko prawdziwe wspomnienie. Miała trzy latka i leżała zwinięta w kłębek na łóżku, obserwując, jak mamusia się ubiera. Mama wyglądała jak księżniczka w pięknej czerwonej sukni wieczorowej i szpilkach z czerwonej satyny, które Kate uwielbiała przymierzać. Potem do sypialni wszedł tatuś, wziął Kate na ręce i w tańcu wyprowadził ją i mamę na taras, chociaż padał śnieg.

Prosiłam go, żeby zaśpiewał moją piosenkę, wspominała Kate. I zaśpiewał.

Pa, pa, moje śliczne kochanie!

Tatuś idzie na polowanie,

By ustrzelić różową chmureczkę

I zawinąć w nią swoją córeczkę.

Następnego wieczoru mamusia zginęła w wypadku i tatuś nigdy więcej nie zaśpiewał jej tej piosenki.

1

Czwartek, 14 listopada

O czwartej nad ranem Gus Schmidt ubierał się po cichu w sypialni swego skromnego domu na Long Island, mając nadzieję, że nie obudzi żony, z którą przeżył pięćdziesiąt pięć lat. Nie udało się.

Lottie Schmidt po omacku wyciągnęła rękę i zapaliła lampę na nocnym stoliku. Próbując otworzyć ciężkie od snu oczy, zobaczyła, że Gus ma na sobie grubą kurtkę, zapytała więc, dokąd się wybierał.

– Lottie, jadę do fabryki. Coś się stało. – I dlatego Kate wczoraj dzwoniła? Kate była córką Douglasa Connelly’ego, właściciela fabryki o nazwie Doskonałe Repliki Antyków mieszczącej się na pobliskim Long Island City. Gus pracował tam aż do emerytury, na którą przeszedł pięć lat temu. Lottie, drobna siedemdziesięciopięciolatka z rzednącymi białymi włosami, włożyła okulary i spojrzała na zegar.

– Oszalałeś, Gus? Wiesz, która godzina?

– Czwarta. Kate prosiła, żebyśmy się spotkali o wpół do piątej. Musi mieć swoje powody, dlatego tam jadę.

Lottie dostrzegła, że mąż jest przygnębiony.

Wiedziała, że lepiej nie zadawać pytania, które obojgu krążyło

w głowie.

– Gus, ostatnio mam niedobre przeczucia. Wiem, że nie lubisz, kiedy tak mówię, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że stanie się coś złego. Nie chcę, abyś tam jechał. Patrzyli na siebie z gniewem w słabym świetle sześćdziesięciowatowej żarówki.

Gus zdawał sobie sprawę z tlącego się na dnie serca strachu. Twierdzenia Lottie, że jest jasnowidzką, irytowały go i równocześnie przerażały.

– Lottie, śpij – powiedział ostro. – Niezależnie od problemu na pewno wrócę na śniadanie. – Nie należał do mężczyzn okazujących uczucia, ale tym razem impulsywnie podszedł do łóżka i pochylił się, by pocałować żonę w czoło, a potem pogładził ją po głowie. – Nie martw się – rzucił stanowczym tonem. To były ostatnie słowa, jakie od niego usłyszała.

2

Kate Connelly miała nadzieję, że zdoła ukryć niepokój z powodu nocnego spotkania z Gusem w muzealnych pomieszczeniach fabryki. Jadła kolację z ojcem i jego najnowszą przyjaciółką w Zone, modnej nowej kafejce na Lower East Side na Manhattanie. Przy koktajlach swobodnie prowadziła luźną rozmowę z ojcowską „ozdobą chwili”.

Ta nazywała się Sandra Starling i była platynową dwudziestoparoletnią pięknością z szeroko rozstawionymi orzechowymi oczami, która z entuzjazmem opowiadała o swoim sukcesie w konkursie na Miss Universum, aczkolwiek bardzo wymijająco potraktowała kwestię, ile dokładnie miejsc dzieliło ją od zdobycia korony.

Wyznała, że jej ambicją jest zrobienie kariery filmowej, a potem poświęcenie się sprawie pokoju na świecie. Jest jeszcze głupsza niż większość pozostałych, pomyślała Kate z ironią. Doug, jak ojciec kazał się nazywać, był jak zwykle miły i czarujący, chociaż wyglądało na to, że pije więcej niż zazwyczaj.

Podczas kolacji Kate uświadomiła sobie, że ocenia ojca, jakby była jurorką w programie typu Masz talent albo Taniec z gwiazdami. Przystojny facet pod sześćdziesiątkę, pomyślała, podobny do legendarnego gwiazdora Gregory’ego Pecka. Zaraz jednak stwierdziła w duchu, że większość ludzi w jej wieku nie doceniłaby tego porównania. Chyba że jak ona są wielbicielami starych filmów.

Dręczyło ją pytanie, czy popełnia błąd, wtajemniczając w sprawę Gusa.

– Kate, mówiłem Sandrze, że jesteś mózgiem rodziny – powiedział ojciec. – Wcale tak o sobie nie myślę – odparła z wymuszonym uśmiechem. – Nie bądź taka skromna – wytknął jej Doug Connelly. – Kate jest biegłą księgową, Sandro. Pracuje w Wayne & Cruthers, jednej z największych firm księgowych w kraju. – Roześmiał się. – Problem w tym, że ciągle mnie poucza, jak prowadzić rodzinny interes… Mój interes. Kate o tym zapomina. – Tato, to znaczy Doug – powiedziała Kate cicho, choć czuła, jak narasta w niej gniew. – Sandra nie musi o tym wiedzieć. – Sandro, popatrz na moją córkę. Ma trzydzieści lat i jest wysoką olśniewającą blondynką. Odziedziczyła wygląd po matce. Jej siostra Hanna jest podobna do mnie. Ma takie same ciemnobrązowe włosy i niebieskie oczy, ale w przeciwieństwie do mnie jest drobna, wszystkiego metr sześćdziesiąt. Dobrze mówię, Kate, prawda? Tata pił, zanim tu przyszedł, pomyślała Kate. Potrafił być nieprzyjemny, kiedy się zirytował. Usiłowała skierować rozmowę na inny temat.

– Moja siostra zajmuje się modą, Sandro – wyjaśniła. – Jest trzy lata młodsza ode mnie. Kiedy byłyśmy dziećmi, ciągle szyła ubranka dla lalek, a ja udawałam, że zarabiam pieniądze, odpowiadając na pytania w Va banque i Kole fortuny.

O Boże, co ja zrobię, jeśli Gus potwierdzi moje podejrzenia?, pomyślała, kiedy kelner przyniósł przystawki.

Na szczęście zespół wrócił z przerwy i donośna muzyka ograniczyła ich rozmowę do minimum.

Obie dziewczyny zrezygnowały z deseru, ale ku swemu przerażeniu Kate usłyszała, jak ojciec zamawia butelkę najdroższego szampana.

Zaczęła protestować:

– Tato, nie musimy… – Kate, oszczędź mi swojego skąpstwa. – Doug Connelly tak podniósł głos, że zwrócił na siebie uwagę ludzi przy sąsiednim stoliku. Chociaż płonęły jej policzki, Kate odparła spokojnie:

– Tato, umówiłam się na drinka. Zostawiam was, bawcie się dobrze przy tej butelce szampana. Sandra przepatrywała zatłoczoną salę w poszukiwaniu sław. Uśmiechnęła się promiennie do mężczyzny, który uniósł do niej kieliszek.

– To Majestic, jego album wspina się na liście przebojów – powiedziała bez tchu. Po namyśle mruknęła: – Miło było cię poznać, Kate. Wiesz, jak osiągnę sukces, zajmiesz się moimi finansami. Doug Connelly wybuchnął śmiechem.

– Rewelacyjny pomysł. Wtedy chyba zostawi mnie w spokoju. – Zaraz jednak z nadmiernym pośpiechem dodał: – Żartuję. Jestem dumny ze swojej mądrej córeczki. Gdybyś tylko wiedział, co zamierza zrobić twoja mądra córeczka, pomyślała Kate. Rozdarta pomiędzy gniewem a niepokojem, odebrała płaszcz z szatni i wyszła na zimny, wietrzny listopadowy wieczór, po czym zatrzymała przejeżdżającą taksówkę.

Mieszkała na Upper West Side w apartamencie, który kupiła przed dwoma laty. Było to przestronne mieszkanie z dwiema sypialniami i widokiem z góry Hudson. Kate je uwielbiała, a jednocześnie było jej przykro, że poprzedni właściciel, Justin Kramer, doradca inwestycyjny tuż po trzydziestce, musiał je sprzedać po zaniżonej cenie, kiedy stracił pracę. Przy podpisywaniu aktu sprzedaży Justin uśmiechnął się nieśmiało i podarował jej bromelię podobną do tej, którą Kate podziwiała, kiedy po raz pierwszy zobaczyła mieszkanie.

– Robby mi mówił, że ten kwiat bardzo ci się podobał – powiedział, wskazując siedzącego obok agenta handlu nieruchomościami. – Mój wziąłem ze sobą, a ten to prezent dla ciebie na nowe mieszkanie. Postaw go na kuchennym oknie, a będzie rósł jak na drożdżach. Wchodząc do swojego przytulnego mieszkania, gdy zapaliła światło, Kate myślała o tym sympatycznym podarunku, co często jej się zdarzało. Meble w salonie były nowoczesne. Sofa barwy złotego beżu, z miękkimi poduchami, zapraszała do drzemki, fotele do kompletu, z szerokimi podłokietnikami i wysokimi oparciami, skonstruowano z myślą o wygodzie, poduszki w kolorach pasu- jących do geometrycznego wzoru na dywanie ożywiały wystrój.

Przypomniała sobie, jak Hanna wybuchnęła śmiechem, kiedy przyszła obejrzeć urządzone mieszkanie.

– Mój Boże, Kate – powiedziała. – Od dziecka słuchałaś, jak tata opowiada, że wszystko w naszym domu to doskonałe kopie stworzone przez Connellych, i zaszalałaś, żeby się od tego odciąć. Zgadza się, pomyślała Kate. Robiło mi się niedobrze od tej gadaniny ojca o doskonałych reprodukcjach. Może kiedyś zmienię zdanie, ale na razie jestem tutaj szczęśliwa.

„Doskonałe kopie”. Same te słowa wystarczyły, żeby zaschło jej w ustach.

3

Mark Sloane przewidywał, że pożegnalna kolacja z matką może się okazać trudna i smutna. Zbliżała się dwudziesta ósma rocznica zniknięcia jego siostry, a on przeprowadzał się do Nowego Jorku, gdzie dostał pracę. Odkąd trzynaście lat temu skończył studia, pracował w kancelarii zajmującej się sprawami obrotu nieruchomościami komercyjnymi w Chicago. Miał stąd sto trzydzieści kilometrów do Kewanee, miasteczka, w którym się urodził.

Przez te lata, gdy mieszkał w Chicago, co najmniej raz na dwa tygodnie odbywał dwugodzinną podróż, by zjeść kolację z matką. Skończył osiem lat, kiedy jego dwudziestoletnia siostra Tracey rzuciła naukę w miejscowym college’u i wyjechała do Nowego Jorku, by spróbować swoich sił w musicalu. Choć minęło tyle czasu, pamiętał ją tak wyraźnie, jakby przed nim stała. Miała kasztanowe włosy, spadające falami na ramiona, i niebieskie oczy, zwykle roześmiane, choć potrafił zasnuć je cień, kiedy się gniewała. Matka wiecznie ścierała się z Tracey o jej stopnie w college’u i sposób ubierania się. Kiedy tamtego dnia zszedł na śniadanie, siedziała przy kuchennym stole i płakała.

– Odeszła, Mark, odeszła. Zostawiła list. Jedzie do Nowego Jorku, żeby zostać sławną piosenkarką. Mark, ona jest taka młoda. Taka uparta. Wpadnie w kłopoty, wiem o tym. Mark pamiętał, jak objął matkę, usiłując powstrzymać własne łzy. Uwielbiał Tracey. Ćwiczyła z nim, kiedy zaczynał grać w Małej Lidze. Zabierała go do kina. Pomagała przy odrabianiu lekcji i opowiadała o sławnych aktorkach i aktorach.

– Wiesz, jak wielu z nich pochodzi z takich małych miasteczek jak nasze? – pytała. Tamtego poranka ostrzegł mamę:

– Tracey pisze, że przyśle nam adres. Mamo, nie próbuj jej zmuszać do powrotu, bo ona i tak cię nie posłucha. Napisz, że wszystko w porządku, że będziesz szczęśliwa, kiedy zostanie wielką gwiazdą. To było słuszne posunięcie. Tracey pisywała regularnie, a co parę tygodni dzwoniła. Dostała pracę w restauracji.

– Jestem dobrą kelnerką, napiwki mam spore. Chodzę na lekcje śpiewu. Występowałam w musicalu wystawianym na off-Broadwayu. Miał tylko cztery przedstawienia, ale tak cudownie było na scenie. Trzy razy przyleciała do domu na długi weekend.

A potem, po dwóch latach od wyjazdu Tracey do Nowego Jorku, do matki zadzwoniła policja. Tracey zniknęła.

Kiedy przez dwa dni nie stawiła się do pracy i nie odbierała telefonów, właściciel restauracji, Tom King, zaniepokoił się i poszedł do jej mieszkania. Panował tam porządek, a z kalendarza wynikało, że Tracey miała wyznaczone przesłuchanie na dzień po zniknięciu, a drugie na koniec tygodnia.

– Nie przyszła na pierwsze – powiedział King policji. – Jeśli się nie pojawi na drugie, to znaczy, że coś się jej przytrafiło.

I wtedy policja nowojorska umieściła Tracey na liście osób zaginionych. Jako jedną z wielu, myślał Mark, podjeżdżając do domu w stylu Cape Cod, gdzie się wychował. Dom, pokryty grafitowym gontem, z białymi wykończeniami i czerwonymi drzwiami, stanowił radosny i miły widok. Mark zaparkował na podjeździe. Lampa na ganku rzucała światło na schody. Wiedział, że matka zostawi ją w nocy zapaloną, na wypadek gdyby Tracey wróciła. Było tak od niemal dwudziestu ośmiu lat.

Pieczeń wołowa, tłuczone ziemniaki i szparagi – o to właśnie poprosił, gdy mama zapytała go, co ugotować na pożegnalną kolację. W chwili gdy otworzył drzwi, apetyczny aromat pieczonego mięsa powiedział mu, że jak zwykle spełniła jego życzenie co do joty.

Martha Sloane wybiegła z kuchni, wycierając dłonie w fartuch. Miała siedemdziesiąt cztery lata; białe falujące włosy otaczały twarz o regularnych rysach. Niegdyś była szczupła, ale teraz się zaokrągliła. Zarzuciła synowi ramiona na szyję i przytuliła go.

– Znowu urosłeś ze trzy centymetry – powiedziała oskarżycielskim tonem. – Boże broń – odparł żarliwie Mark. – Już i tak trudno mi się wcisnąć do taksówki. – Miał metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu. Spojrzał ponad głową matki do jadalni. Na stole stała złota porcelana i srebrne sztućce. – Hej, to prawdziwa uczta. – Cóż, za rzadko używamy tych rzeczy. Zrób sobie drinka. A właściwie mnie też zrób. Matka rzadko piła koktajle. Mark z ukłuciem bólu uświadomił sobie, że postanowiła zrobić wszystko, by rocznica zniknięcia Tracey nie zepsuła atmosfery podczas tej kolacji, która z pewnością będzie ostatnia na parę następnych miesięcy. Martha Sloane była stenografką sądową i rozumiała, że syna w nowej firmie czeka praca do późnych godzin.

O Tracey zaczęła mówić dopiero przy kawie.

– Oboje wiemy, jaki dzień się zbliża – powiedziała cicho. – Mark, przez cały czas oglądam w telewizji program o nierozwiązanych śledztwach, Cold Case File. Jak myślisz, czy kiedy będziesz w Nowym Jorku, uda ci się skłonić policję do otwarcia na nowo sprawy Tracey? Mają teraz do dyspozycji wiele sposobów, by odkryć to, co się stało z zaginionymi osobami, nawet z tymi, które zniknęły wiele lat temu. Ale bardziej się przyłożą, jeśli ktoś taki jak ty zacznie zadawać pytania. – Zawahała się. – Mark, rozumiem, że nie mogę wciąż czepiać się nadziei, że Tracey straciła pamięć albo wpadła w kłopoty i musi się ukrywać. Na dnie serca wiem, że ona nie żyje. Ale gdybym mogła sprowadzić jej ciało i pochować obok taty, odzyskałabym spokój. Spójrzmy prawdzie w oczy, mam przed sobą osiem, może dziesięć lat, jeśli będzie mi sprzyjało szczęście. Chciałabym móc wierzyć, że kiedy nadejdzie mój czas, Tracey będzie z tatą. – Zamrugała, by powstrzymać łzy. – Wiesz, jak to jest. Zawsze się rozczulam przy piosence Danny Boy. Chcę mieć możliwość, by uklęknąć i zmówić modlitwę przy grobie Tracey. – Kiedy wstali od stołu, powiedziała energicznie: – Z radością zagrałabym w scrabble, bo niedawno znalazłam kilka nowych sprytnych słów w słowniku, ale jutro po południu masz samolot, a jak cię znam, nawet jeszcze nie zacząłeś się pakować. – Rzeczywiście znasz mnie aż za dobrze – odparł Mark z uśmiechem. – I nie opowiadaj, że masz osiem albo dziesięć lat. Willard Scott przyśle ci kartkę, kiedy skończysz sto lat. – W progu mocno ją uścisnął, po czym zaryzykował i zapytał: – Zgasisz tę lampę, kiedy zamkniesz za mną?

Pokręciła głową.

– Nie, chyba nie. Niech się pali, tak na wszelki wypadek, Mark, po prostu na wypadek… Nie skończyła, niewypowiedziane słowa zawisły w powietrzu, ale Mark wiedział, co chciała powiedzieć. „Na wypadek gdyby Tracey dzisiaj wieczorem wróciła do domu”.

Paweł Mieczkowski