Czytelnia

Fragment: Rodzina Casteel – Virginia C. Andrews

Rodzina Casteel - Virginia C. Andrews

Virginię C. Andrews znamy między innymi z wydanej w Polsce bestsellerowej sagi „Kwiaty na poddaszu”. Jeśli wspomniana saga przypadła Wam do gustu, podsuwamy okazję do wybadania nowej serii autorki. Proszę bardzo, zapraszamy do lektury fragmentu książki „Rodzina Casteel„. Jest to pierwsza część cyklu, którego kolejne tomy wkrótce ukażą się nakładem Prószyński i S-ka.

Rodzina Casteel - Virginia C. Andrews Rodzina Casteel – Virginia C. Andrews

Ze wszystkich rodzin zamieszkujących niegościnne dzikie wzgórza Casteelowie są najbiedniejsi i najbardziej pogardzani. Heaven Leigh Casteel jest w swojej rodzinie wyjątkiem. Jakimś cudem ta bystra, ładna dziewczyna, chodząca w łachmanach, żyjąca w wiecznym brudzie i głodzie, terroryzowana przez okrutnego ojca i zmuszana do bezustannej harówki przez macochę, potrafi ocalić marzenia i nadzieję na lepsze życie. Nie tylko dla siebie, także dla swojego brata Toma i młodszego rodzeństwa. Nie traci wiary, że pewnego dnia pokażą światu, jak bardzo są wartościowi i utalentowani, dowiodą, że zasługują na miłość i lepszy los.

Kiedy macocha, która nie może już dłużej znieść koszmarnego życia na wzgórzach, ucieka – ojciec wymyśla szatański plan, który może pogrzebać na zawsze marzenia Heaven i pozostałych dzieci…

Fragment książki:
Prolog

Kiedy wiały letnie wiatry, słyszałam szept kwiatów, śpiewny szmer liści w lesie, widziałam unoszone wiatrem ptaki i skaczące w rzece ryby. Pamiętam też, jak zimą ogołocone gałęzie wydawały jękliwe trzaski pod naporem lodowatych podmuchów, a uginające się konary chrobotały o dach chaty przypominającej szopę, kurczowo uczepionej zbocza pasma górskiego, przez mieszkańców Wirginii Zachodniej zwanego Wzgórzami Strachu.

Wiatr na Wzgórzach Strachu wył i skowyczał, toteż okoliczni mieszkańcy mieli wystarczający powód, by z niepokojem wyglądać przez swoje małe, brudne okienka. Samo życie na górzystych stokach rodziło strach, zwłaszcza kiedy wiatrowi wtórowało przeciągłe wycie wilków i wrzaski rysi, a leśna zwierzyna włóczyła się wokół obejść. Często znikały małe domowe zwierzęta, a raz na mniej więcej dziesięć lat dziecko przepadało bez wieści.

Szczególnie wyraziście utkwiła mi w pamięci pewna zimna lutowa noc, tuż przed moimi dziesiątymi urodzinami, kiedy po raz pierwszy objawiło się to, co miało mi towarzyszyć przez całe życie. Nie mogłam zasnąć i wierciłam się na swoim legowisku obok pieca, wsłuchana w skowyt wilków wyjących do księżyca. Niestety, zawsze miałam lekki sen, toteż najsłabszy szmer mnie budził. Każdy dźwięk wydawał się spotęgowany w tej naszej chałupie na odludziu. Babcia i dziadek chrapali. Wtem pijany ojciec wtoczył się do domu i obijając się o meble i śpiące pokotem na podłodze ciała, padł w końcu na duże mosiężne łóżko, aż jęknęły sprężyny. Obudzona mama zagniewanym, jazgotliwym głosem wyrzucała mu, że znów zabradziażył w Shirley’s Place. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, dlaczego pobyty taty w tym lokalu w Winnerrow wywoływały tyle zamieszania.

Przez szpary w podłodze naszej chaty, skleconej z nieoheblowanych desek, nie tylko wiało lodowatym zimnem, ale dochodziły spod niej pochrapywania śpiących świń, psów, kotów i wszystkiego, co tam jeszcze znalazło schronienie.

Nagle z mroku doszedł mnie inny odgłos. Kto poruszał się w ciemności rozjaśnionej jedynie nikłą czerwoną poświatą ognia w piecu? Wytężyłam wzrok i ujrzałam babcię. Pochylona, z rozpuszczonymi długimi siwymi włosami, przypominała czarownicę. Sunęła chyłkiem po szorstkich deskach podłogi. Nie kierowała się na dwór

– babcia była jedyną osobą, której wolno było używać nocnika, kiedy natura wzywała. Reszta z nas musiała chodzić do wygódki odległej o prawie dwieście metrów. Babcia miała pięćdziesiąt kilka lat. Przewlekły artretyzm oraz inne niezdiagnozowane dolegliwości i bóle czyniły jej życie pasmem udręk, a brak prawie wszystkich zębów jeszcze ją postarzał. Niegdyś, jak twierdzili ci, którzy byli wystarczająco starzy, by to pamiętać, Annie Brandywine uznawano na całych wzgórzach za prawdziwą królową piękności.

– Chono, dzieciaku – wyszeptała chrypliwie, kładąc mi na ramieniu sękatą dłoń. – Czas, byś przestała mazać się po nocach. Lepiej będzie, jak się dowiesz prawdy o sobie. Póki twój ojciec się nie obudzi, pójdziem sobie w jedno miejsce, a jak wrócim, to będziesz miała coś w zanadrzu, jakby on krzywo na ciebie patrzył i wygrażał pięściami. Jej westchnienie, niczym łagodny powiew południowego wiatru, delikatnie zdmuchnęło kosmyki włosów okalające mi twarz i połaskotało skórę jak tchnienie czających się duchów.

– Zamierzasz wyjść na dwór? Babciu, jest strasznie zimno – ostrzegłam, lecz mimo to wstałam i włożyłam znoszone, za duże na mnie buty Toma. – Ale nie masz zamiaru odchodzić daleko, co? – To mus – odparła babcia. – Serce mi się kraje, jak mój Luke drze się na ciebie, swoje pierworodne dziecko. Krew mnie zalewa, jak pochlipujesz, kiedy ci wygraża. – Oj, babciu – wyszeptałam. – Tata mnie nienawidzi i naprawdę nie wiem dlaczego. Powiedz, czemu on mnie tak nie cierpi? W smudze wpadającej przez okno poświaty księżyca mogłam dostrzec jej kochaną, starą, pomarszczoną twarz. – Tak, tak, czas, cobyś już wiedziała – mruknęła, narzucając na mnie ciężką czarną chustę, którą sama wydziergała, i otulając swoje wąskie, pochyłe ramiona drugą, burą i bezbarwną. Poprowadziła mnie do drzwi i otworzyła je, wpuszczając do środka zimny wiatr. Mama i tata zamruczeli gderliwie zza postrzępionej, spłowiałej czerwonej zasłony, jakby ów powiew ich rozbudził. – Mamy szmat drogi do miejsca, gdzie pochowalim przodków. Od lat chciałam z tobą tam iść. Nie ma co tego odkładać, bo czas biegnie, oj, biegnie. Potem będzie za późno. I tak w mroźną, śnieżną, ponurą noc ruszyłyśmy przez ciemny las. Rzekę skuwała gruba, pofałdowana pokrywa lodu, a wycie wilków stało się jeszcze bliższe.

– O tak, Annie Brandywine dobrze wie, jak dotrzymać tajemnicy – odezwała się babcia jakby do siebie. – Niewielu to umie tak jak ja, niewielu… Ty mnie słuchasz? Ej? – Nie mam wyboru, babciu. Krzyczysz mi wprost do ucha. Wzięła mnie pod rękę i poprowadziła daleko od domu. To było istne szaleństwo. Dlaczego koniecznie zapragnęła wyjawić mi swój drogocenny sekret w zimową noc? I czemu właśnie mnie? Jednak za bardzo kochałam babcię, by odmówić towarzyszenia jej w tej wędrówce górską drogą pełną wertepów. Wydawało się, że przemierzyłyśmy kilometry w tę noc czarną i mroźną.

Naszym celem okazał się cmentarz, surowy i upiorny w bladosinej poświacie księżyca. Gwałtowne, ostre podmuchy wiatru targały cienkimi siwymi włosami starej kobiety, plącząc je z moimi, gdy stanęła przy mnie i powiedziała:

– Moje dziecko, nie mogę ci dać nic, co by było coś warte – ino to jedno, co mam ci teraz do powiedzenia. – Nie mogłaś mi tego powiedzieć w chacie? – Za Boga nie! – warknęła z tym swoim uporem, nieustępliwa jak stare drzewo o wielu korzeniach. – Tam byś nie chciała słuchać. A jak tu ci powiem, zapamiętasz na zawsze. Zawahała się, kiedy jej spojrzenie spoczęło na małym, wąskim nagrobku. Uniosła rękę i sękatym palcem wskazała granitową płytę. Wytężyłam wzrok, by odczytać wyryty na niej napis. Cóż za dziwactwo ze strony babci przyprowadzać mnie po nocy tutaj, gdzie duchy zmarłych snują się w poszukiwaniu żywych ciał, w które mogłyby wniknąć!

– Musisz wybaczyć tacie, że jest taki – podjęła babcia, tuląc się do mnie, coraz bardziej przemarznięta. – Nic na to nie poradzi, tak jak słońce musi wstawać i zachodzić, tak jak skunksy muszą śmierdzieć, a ty nie poradzisz nic na to, żeś jest, jaka jest. Łatwo jej mówić! Starzy ludzie nie pamiętają już, jak to jest być młodym, którego życie przeraża.

– Wracajmy do domu – poprosiłam, drżąc i kuląc się przy babci. – Czytałam opowieści o tym, co się dzieje na cmentarzach po północy, przy pełni księżyca. – Nie trza się strachać umarlaków, co nie chodzą i nie mówią. Żywe ludzie są gorsze. Przygarnęła mnie bliżej do siebie i zmusiła do patrzenia na wąski, zapadnięty grób.

– Teraz słuchaj i nic nie gadaj, póki nie skończę. Jak ci powiem prawdę, to zaraz zrobi ci się lepiej. Tata ma powód, że tak tobą poniewiera. Nie to, że cię nienawidzi, nie. Na mój rozum to jest jak dwa dodać dwa, że kiedy mój Luke na ciebie patrzy, to nie widzi ciebie, lecz kogosik całkiem innego… W sercu, moje dziecko, to on jest dobry chłop i kochający, tylko po tym wszystkim tak go odmieniło. Bo widzisz, miał pierwszą żonę i tak ją kochał, że mało nie umarł, jak przestała dychać. Poznali się w Atlancie. Miał siedemnasty rok, a ona czternasty i trzy dni, tak mi potem powiedziała. – Słaby głos babci zniżył się o oktawę. – Piękna była niby anioł, a twój tata kochał ją nad życie. No i zawrócił jej w głowie, a ona uciekła z domu. Znaczy uciekła z Bostonu do Teksasu. Miała ze sobą śliczną walizkę, a w niej pełno ubrań, jakich my w życiu nie widzieli! Piękne były rzeczy w tej walizce, koronki i jedwabie, srebrna szczotka, grzebyk i srebrne zwierciadełko, i pierścionki, i klejnoty do uszu. No i przyjechała tu żyć. Popełniła straszny błąd, bo wyszła za człowieka nie swojego pokroju. Ale cóż, skoro go kochała… – Babciu, nigdy nie słyszałam o pierwszej żonie taty! Myślałam, że mama jest jego pierwszą i jedyną żoną. – Nie mówiłam, cobyś siedziała cicho? Daj mi skończyć! Ona była z bogatej rodziny z Bostonu, a przyjechała żyć tu z Lukiem, Tobym i ze mną. Ja jej tu nie chciała. I na początku jej też nie lubiła. Od razu było jasne, że ona w tych górach długo nie przetrwa. Niezdatna była do trudów życia. Myślała, biedna, że mamy łazienkę, naprawdę tak myślała. Zatkało ją, jak zobaczyła, że trza ganiać do wychodka i siadać na desce z wyrżniętymi dwiema dziurami. Luke się wziął na ambit, postawił dla niej taką ładną wygódkę i pomalował na biało, a ona powiesiła tam na drucie fikuśny różowy papier ze sklepu i nawet pozwoliła mi go brać! Mówiła na to „moja łazienka”. Aż wyściskała i wycałowała Luke’a z radości, że jej taki pałac wybudował.

– Czyli tata nie traktował jej tak podle, jak teraz traktuje mamę? – Cichoj, dzieciaku, nie mieszaj mi… Więc przyszła taka anielska damulka i szybko zawojowała mnie i dziadka, ażeśmy pokochali ją jak własną córkę. Trza przyznać, że starała się ze wszystkich sił. Pomagała mi gotować. Ozdabiała nam chatę. Oddaliśmy im z Tobym nasze łóżko, coby poczęli dzieci jak należy, nie na podłodze, jak jakie bydlęta. A ta nic, tylko chciała spać na dechach, ale jej nie pozwoliłam! Wszystkie Casteele byli poczęte w łóżku. No i pewnego dnia ona się śmieje, szczęśliwa, bo będzie miała dziecko. Dziecko mojego Luke’a! Och, jak ja jej żałowała, jak żałowała! Bom miała jeszcze nadzieję, że wróci tam, skąd przyszła, zanim góry ją zabiorą jak wszystkich delikatnych ludzi. Ale ona dawała Luke’owi szczęście. Nigdy nie widziałam go tak szczęśliwego, wierzaj… – Babciu, a jak ona umarła? Czy to jest jej grób? – Twój tata miał osiemnasty rok, kiedy odeszła – podjęła z westchnieniem. – A ona miała ledwie piętnasty, jak musiał ją pochować w tej lodowatej ziemi i odejść, zostawiwszy żonkę w ciemnej mogile. Nie cierpiała być sama w zimnym łóżku bez niego! No i, moje dziecko, Luke legł na jej grobie pierwszej nocy, coby ją ogrzać, a był luty… Taka to jest opowieść o dziewczynie, co przyleciała w góry jak anioł, by żyć i kochać twojego tatę i dać mu szczęście, jakiego nie znał… i widzi mi się, że on już chyba z żadną kobietą nie będzie tak szczęśliwy.

– Babciu, ale dlaczego przyprowadziłaś mnie aż tu, żeby mi to wszystko opowiedzieć? Nie mogłaś w domu? Strasznie smutna ta historia, choć piękna. Ale tak czy inaczej papa jest skończonym draniem! Tamta anielska kobieta pewnie zabrała ze sobą do grobu wszystko, co było w nim dobre, a to, co najgorsze, zostawiła dla nas. Dlaczego nie nauczyła go kochać? Babciu, wolałabym, żeby nigdy tu nie przyjeżdżała! Nigdy! Wtedy papa kochałby mamę i mnie, a nie tylko ją. – Dzieciaku, rusz ty głową! – prychnęła babcia. – Jeszcze się nie domyślasz? Ta dziewczyna, co ją twój tata nazywał aniołem, była twoją mamą! Ona cię urodziła, ale zanim przyszłaś na świat, już ledwie dychała… To ona nazwała ciebie Heaven Leigh. Zawsze byłaś dumna z tego imienia i wszyscy mówią, że jak ulał do ciebie pasuje, no i nie dziwota! Zapomniałam o wietrze. Zapomniałam o włosach smagających mnie po twarzy. Zapomniałam o wszystkim, oszołomiona nagłą wiedzą, kim naprawdę jestem.

Księżyc wychynął zza chmury i blady promień oświetlił wyryty w kamieniu napis:

Anioł Ukochana żona Thomasa Luke’a Casteela

Dziwnie się poczułam, patrząc na ten grób.

– A gdzie tata znalazł Sarę? I czemu ożenił się tak szybko po śmierci tamtej? – spytałam. – Zwyczajnie, potrzebował kobity do pustego łóżka – odparła szybko babcia, jakby chciała wyrzucić z siebie wszystko, skoro nadarzyła się okazja. – Nie cierpiał samotnych nocy, bo każdego chłopa zjada chcica, moje dziecko, fizyczna żądza. Sama się przekonasz, jak dorośniesz. Chciał kobity, i jeszcze żeby była taka jak jego anioł. Sara się starała, trza to przyznać, była dla ciebie jak rodzona matka. Dbała o ciebie, a jemu dawała to, co powinna dawać żona, ale nie miała anielskiego ducha. I Luke dalej wzdychał do tej Leigh, co umiała zrobić go lepszym. Bo on był lepszy, wierz mi, dziecko. Jak twoja mama żyła, to wstawał do roboty świtkiem, jechał starym pikapem do Winnerrow i tam uczył się stolarki, budowania domów i różnych innych rzeczy. A kiedy wracał, gadał, jak to dla nas wszystkich postawi wielki dom, jak będzie robił w polu, chował krowy, świnki i konie… Bo twój tata zawsze był za wszystkim, co żywe. Kocha zwierzaki jak ty, moje dziecko. Widać masz to po nim. Dziwnie się poczułam, kiedy babcia zaprowadziła mnie z powrotem do chaty i spod bezładnej sterty starych rupieci i kartonów, w których trzymaliśmy nędzną garstkę naszych ubrań, wyciągnęła coś dużego zawiniętego w starą kołdrę. Okazało się, że to elegancka walizka, na jaką nas, mieszkańców gór, nigdy nie byłoby stać.

– To twoja – wyszeptała babcia, tak by nikt się nie obudził i nie zakłócił tej intymnej chwili. – Wcześniej była twojej mamy. Obiecałam jej, że ci ją dam, jak przyjdzie sposobny czas. No i po mojemu teraz jest najsposobniejszy… Patrzaj, dziecko, patrzaj, jaką żeś mamę miała… Jakby zmarłą mamę można było wcisnąć do wytwornej, kosztownej walizki!

Kiedy jednak spojrzałam na jej zawartość, zaparło mi dech.

W nikłym świetle bijącym od pieca moim oczom ukazały się najpiękniejsze ubrania, jakie kiedykolwiek widziałam. Delikatne koronki, o których istnieniu nawet nie śniłam… a na samym dnie znalazłam coś długiego, starannie opakowanego w arkusze bibułki. Z wyrazu twarzy babci odgadłam, że obserwuje mnie w napięciu, jakby chciała nadelektować się moją reakcją.

W przyćmionym blasku paleniska ujrzałam lalkę. Lalka? Tego się nie spodziewałam. Nie mogłam się na nią napatrzeć! Miała kunsztownie upięte włosy w kolorze srebrny blond, a ślubny welon zwiewną mgiełką opadał z maleńkiej, zdobionej klejnotami czapeczki. Jej twarz była niezwykle piękna, z cudownie zarysowanym wykrojem pełnych ust – zarys górnej wargi dokładnie pasował do wypukłości dolnej. Długą suknię z białej koronki obficie zdobiły maleńkie perły i połyskujące paciorki. To wszystko było takie niezwykłe! Nawet jej pantofelki wykonano z koronki i białej satyny, a delikatne pończochy przypięto do maleńkiego pasa z podwiązkami, co dostrzegłam, kiedy zerknęłam pod sukienkę i welon.

– To ona, twoja mama, Leigh, anioł Luke’a – wyszeptała babcia. – Tak ona wyglądała, jak tu przyjechała i wyszła za twojego ojca. Nim umarła, rzekła do mnie: „Daj mojej córeczce to, co ze sobą przywiozłam”. To i dałam.

Tak, dała. I czyniąc to, zmieniła bieg mojego życia.

Paweł Mieczkowski