Czytelnia

Fragment: Gdybyś mnie kochała – Grażyna Jeromin-Gałuszka

Gdybyś mnie kochała - Grażyna Jeromin-Gałuszka

Proszę bardzo, nowa książka = nowy fragment. Akurat do kawy na piątkowy poranek. Przed wami nowa powieść autorki bestsellerowych „Kobiet z Czerwonych Bagien”. „Gdybyś mnie kochała” została wydana 4 listopada 2013 nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka. Zapraszamy do zapoznania się z książką i dostępnym fragmentem…

Gdybyś mnie kochała - Grażyna Jeromin-Gałuszka Gdybyś mnie kochała – Grażyna Jeromin-Gałuszka

Maksym Bromski, dziś menedżer w koncernie samochodowym, w dzieciństwie wszystkie wakacje spędzał u dziadków na wsi. Właśnie tam piętnaście lat temu, dzień po własnym weselu, zaginął jego jedyny kuzyn, Andrzej. Maksym nieustannie wraca w to miejsce. I fizycznie, i we wspomnieniach.

Po dwóch stronach tej samej rzeki wciąż żyją najważniejsi dla niego ludzie i tylko oni już mu pozostali: babka, dziewczyna z sąsiedztwa, z którą kiedyś spędzał każdą wakacyjną chwilę, oraz największa miłość jego życia.

Dramatyczne wypadki z przeszłości mają swój finał współcześnie, o czym Bromski, budząc się pewnej nocy w hotelowym pokoju obok ciała nieznanej kobiety, jeszcze nie wie.

Nie pojmując zdarzeń, nie panując nad rzeczywistością, która rzuciła go w sam środek makabrycznej zbrodni, ucieka w przeszłość, kiedy to u boku najbliższych, w równie dramatycznych, dotąd niewyjaśnionych okolicznościach, skończyło się jego dzieciństwo.

Fragment książki:

Część 1

DZIEŃ, W KTÓRYM UMARŁ FREDDIE MERCURY

Budzisz się w hotelowym pokoju, otwierasz oczy, rozglądasz się i nie wiesz, gdzie jesteś. Wiesz, gdzie powinieneś być, jednak powierzchowny przegląd wnętrza w żadnym razie nie wskazuje na to miejsce.

Próbujesz zebrać myśli, lecz jedyna rzecz, na której udaje ci się skupić uwagę, to fakt, że jesteś w ubraniu. Niebieska koszula, dżinsy i szare buty. Wiesz, że nie piłeś, ale ból głowy, przewrócona szafka nocna i potłuczone szklanki obok niej na podłodze, a dalej pusta butelka, budzą wątpliwości, czy aby na pewno. Na widok krwi, tworzącej złowrogi wzór na szarym dywanie, próbujesz się zerwać, ale zaraz opadasz całym ciężarem na łokcie, bo nie jesteś w stanie się podnieść.

Tylko oczami możesz poruszać, więc przesuwasz nimi wokół, obejmując na ułamek sekundy kolejny fragment wnętrza. Jednak one tak samo w pewnej chwili nieruchomieją, zatrzymując się na otwartych drzwiach do łazienki, a konkretniej na kawałku podłogi między framugą a pokojem, gdzie dostrzegasz stopy wystające zza drzwi. Małe, kształtne, w niebieskich szpilkach. Obok nich leży sporych rozmiarów nóż, z białą rękojeścią i zakrwawionym ostrzem.

W tej samej chwili drzwi wejściowe z wielkim hukiem wypadają na przedpokój. Pięciu lub sześciu facetów w kominiarkach na łbach mierzy w ciebie z karabinów trzymanych na wysokości twarzy. Po chwili rozstępują się odrobinę, robiąc miejsce szóstemu lub siódmemu – w beżowej marynarce i bez kominiarki na łbie. Wlepia w ciebie wzrok bez wyrazu, zapuszcza go na moment do łazienki, po czym skinieniem głowy pokazuje na ciebie. Podrywają cię z łóżka, wynoszą. Korytarz, schody, przerażone oczy znajomej barmanki (Wiesz już, gdzie jesteś!), szpaler cisów przed znajomym wejściem, wnętrze furgonetki. Wszystko w kilkanaście, góra kilkadziesiąt sekund. Nie dziwi cię to tempo, bo nieraz widziałeś takie rzeczy na filmach. Dziwi cię tylko cisza. Od momentu, w którym ta zgraja wyniosła cię z pokoju i wepchnęła do wozu, nie padło ani jedno słowo. Nie usłyszałeś najmniejszego mruknięcia, jedynie dźwięki towarzyszące przemieszczaniu się: tupot nóg, szelest ubrań, szczęknięcie otwieranych drzwi…

Nagle coś ci zaczyna kołatać w głowie. Jakaś myśl, wspomnienie, obraz, pewność. Rozpoznałeś to miejsce, teraz już wiesz, z kim miałeś się tam spotkać. Paraliżujący strach wgniata cię w twarde oparcie. Krew odpływa z mózgu. Dopiero teraz ta kobieta z hotelowej łazienki staje się postacią realną. Jeśli to Nadia…

– Kto to był?! – krzyczysz. Nikt nie odpowiada.

Nic nie wiesz.

Nawet tego, czy przed chwilą krzyczałeś.

***

Każdego roku z końcem czerwca rodzice podrzucali mnie na wieś do babci, wysadzali na środku podwórka z niebieskiego garbusa wraz z torbą ubrań na każdą pogodę, żegnali się pośpiesznie, choć z niejakim poczuciem winy, i odjeżdżali. Z każdym rokiem owo poczucie winy było coraz mniejsze, a tamtego pamiętnego lata, zdaje mi się, sięgnęło punktu zerowego.

Mama zamieniła parę słów z babcią, wypiła dwie szklanki kompotu i roztargnionym gestem potarła piękne czoło, rozglądając się za ojcem, który z równym roztargnieniem oglądał z kuzynem Andrzejem niedawno narodzone źrebięta. Potem przygarnęła mnie na krótko do siebie w geście pożegnania, o co nie miałem żadnych pretensji, bo wiedziałem, jak nie znosi nastolatków, ojciec zaś poufale poklepał mnie po plecach, mówiąc: „Trzymaj się, stary” – i odjechali. Oboje byli archeologami i o tej porze roku rozpoczynali ze studentami nowy sezon wykopaliskowy. Prawdę mówiąc, wtedy niewiele więcej się dla nich liczyło.

Andrzej, odprowadzając wzrokiem umykającego wiejską drogą w tumanach kurzu garbusa, mówił zawsze, jak to dobrze, że im się jakoś tak przez przypadek podczas jednych z tych wykopalisk wymsknąłem, bo tak to nie byłoby z kim pojechać po siano ani do kogo gęby otworzyć – z babcią Heleną daje się pogadać dwie minuty, a potem to już tylko trzeba jej słuchać. Babcia zaś, zerkając przelotnie na ginącego daleko pod lasem garbusa, mówiła, jak to dobrze – wymsknąłem się czy też nie wymsknąłem – że po prostu jestem.

Nie przejmowałem się tymi ich słowami, bo wiedziałem, że poza sezonem wykopaliskowym mama i tata są najlepszymi na świecie rodzicami i nigdy niczego mi nie brakowało. A na pewno nie miłości czy też nawet nadmiernego zainteresowania. Tutaj zaś, na wsi, zainteresowanie moją osobą sprowadzało się do kilku podstawowych spraw, z których najważniejsze były dwie: czy jestem najedzony i czy nic złego mi się nie stało. Jeśli nie chodziłem głodny, z głowy nie lała mi się krew, a Andrzej akurat do niczego nie potrzebował, mogłem robić wszystko, co tylko chciałem. Mogłem biegać po całej wsi, kąpać się w rzece, która płynęła o dwa kroki od domu, albo łowić w niej ryby. Mogłem robić dziesiątki innych rzeczy, jednak odkąd pamiętam, najwięcej czasu spędzałem po drugiej stronie rzeki, gdzie na niewielkim wzniesieniu stał samotny drewniany dom ze sczerniałych desek, jedyny taki we wsi, a dalej za nim budynki gospodarskie z łupanych kamieni.

Mieszkał tam Borowiec z żoną i ich trzy córki: Jadźka, Kamila i Dzidzia, wszystkie trzy z lekka oderwane od rzeczywistości, choć każda w inny sposób. Wokół rosły strzeliste, wiotkie brzozy i pojedyncze sosny, za którymi chowaliśmy się z Dzidzią we wczesnym dzieciństwie, jedno przed drugim, a na samym środku podwórka stał wielki, rozłożysty kasztan. Łąka od samego podwórka schodziła do rzeki, która zakręcała łagodnie na sporym odcinku, a z tyłu, za dębowym zagajnikiem, rozciągało się żyzne pole.

Cała wieś stłoczona była po tej stronie rzeki, a gospodarstwo babki znajdowało się na samym końcu, w pewnym oddaleniu od innych domostw dokładnie naprzeciwko tamtego niezwykłego świata, oddzielonego od reszty jej korytem od południa i delikatnym zakolem od wschodu. Wystarczyło z rana podnieść głowę z łóżka przy oknie, by widzieć go jak na dłoni, a potem położyć ją z powrotem i już tylko nasłuchiwać powtarzalnych każdego dnia odgłosów. To dawało poczucie bezpieczeństwa, jakiego nie czułem już nigdy.

Najpierw słychać było, jak Borowiec wypuszcza kury z kurnika, a potem wyprowadza krowy na łąkę. Gwizdał wesoło, poganiając zwierzęta. Krótkim „ano” i lekkim uderzeniem kija wyznaczał im kawałek łąki, jaki miały zająć tego dnia, a potem stukot młotka o metalowy kołek jednoznacznie świadczył, że zostały tam uwiązane. Wtedy Borowiec zaczynał gwizdać następną melodię, a potem jeszcze jedną. Każda oznaczała, że znajduje się w innym miejscu. Najładniejsze melodie – nie wiedzieć czemu – wygwizdywał w stodole. Borowiec był człowiekiem muzykalnym i wesołym. Podobnie jego trzy córki: Jadźka, Kamila i Dzidzia. Z tym że najweselsza była Jadźka, a najbardziej muzykalna Dzidzia. Kamilę trudno było określić kilkoma słowami. Nigdy ostentacyjnie nie wyrażała swoich uczuć. Ani radości, ani smutku. Jej reakcje na wszystko były wyważone. Ze spokojem przyglądała się światu i wszystkim sprawom, jakie się na nim działy. Od dziecka zdradzała wyjątkowe zdolności do matematyki.

W każdej z nich wyczuwało się nieuchwytny, lecz głęboko odczuwalny spokój, idealnie współgrający z najbliższym otoczeniem, w którym przyszło im żyć. Anielski, nieziemski, najczęściej niepojęty, chociaż w przypadku Jadźki czy Kamili miewał on swoje granice.

Gdy najedzony do syta biegłem wąską, wiecznie chyboczącą się kładką na drugą stronę rzeki, wszystkie trzy już były na nogach. Jadźka robiła jedno, Kamila drugie, a Dzidzia to, co jej powiedziały, żeby zrobiła, bo Dzidzi trzeba było wszystko dokładnie powiedzieć i wytłumaczyć. A potem sprawdzić, czy na pewno dobrze zrozumiała.

Była szczęśliwym dzieckiem – nocą śniły jej się anioły, które za dnia siadały na parapecie jej okna w postaci ptaków i ona z nimi rozmawiała. Opowiadała im o wszystkim i zmuszała je do słuchania muzyki z trzeszczących kaset, odtwarzanych na magnetofonie marki Kasprzak od rana do nocy. Najczęściej, a chyba właściwie tylko i wyłącznie, były to piosenki Queen. Nie wiadomo, kiedy i w jakich okolicznościach Dzidzia odkryła ten zespół, ale jeśli chciało się ją jeszcze bardziej uszczęśliwić, trzeba było jej dać kasetę z Queenem. Dzidzia codziennie rozmawiała ze swoimi aniołami o Freddiem Mercurym, przyzwyczajona do tego, że nikt poza nimi nie chce jej słuchać. A najmniej ojciec. „Nie mów mi o tym pajacu

– ucinał stanowczo, gdy tylko zaczynała. – Wystarczy, że drze mi się od świtu do nocy nad uchem. I ścisz to trochę, matce łeb pęka, nie musi ciągle tego słuchać”. Matka Dzidzi, pani Borowiec, o ile pamiętam, cierpiała na chroniczne bóle głowy. Zawsze była blada, umęczona bólem, smutna. Niewiele robiła w gospodarstwie i rzadko wychodziła. Chyba że wszyscy mieli jakieś zajęcie w polu i trzeba było uważać na Dzidzię, gdy jeszcze była za mała, by iść ze wszystkimi, bo potem, jeśli jej się dokładnie wytłumaczyło, co należy robić, prawie wszystko zrobiła. Pani Borowiec zajmowała się więc tylko najmłodszą, tak jak wcześniej starszymi córkami, gdy tego potrzebowały.

– Ta kobieta żyje w innym świecie! – Usłyszałem kiedyś, jak babcia mówi do Andrzeja, obserwując z ganku Maszę Borowiec, która snuła się wokół Dzidzi po łące. Andrzej wzruszył ramionami. Odkąd nie żyli jego rodzice, miał poważniejsze sprawy na głowie niż zastanawianie się, w jakim kto żyje świecie. Pewnego lata wujek z ciocią wybrali się na wycieczkę autokarową do Krakowa. W drodze powrotnej silnik autokaru zgasł na niestrzeżonym przejeździe kolejowym. Kierowcy nie udało się go w porę uruchomić.

– Wiem, co mówię – uparła się babcia. – Wspomnisz kiedyś moje słowa. To nie jest jej miejsce. Ale Borowiec sam sobie winien. Miejscowe panny mu nie pasowały, tylko pod Białymstokiem musiał szukać! I żeby to choć nasza, ale nie, jemu się spodobała ruska.

Poznali się na weselu kolegi z wojska Borowca. Ma- sza przyjechała na zaproszenie panny młodej, z którą korespondowała od podstawówki w ramach zacieśniania przyjaźni polsko-radzieckiej.

– A co za różnica, nasza czy ruska – uciął Andrzej. – Jak ktoś nie ma do czegoś serca, na głowie można stanąć, a i tak nic z tego nie wyjdzie. Andrzej wspomniał słowa babci szybciej, niż można się było spodziewać. Zimą tamtego roku pani Borowiec wyjechała do Rosji pod pretekstem odwiedzenia chorej siostry i nie wróciła. Miała podobno powiedzieć, że i tak czekała dość długo. Teraz, gdy Dzidzia skończyła szesnaście lat, nic jej już nie trzyma.

Było bez znaczenia, czy Dzidzia ma szesnaście lat, czy dziesięć. Dzidzia była Dzidzią – wiecznie szczęśliwym dzieckiem, które rozmawiało z aniołami. Ja, jej rówieśnik, to wiedziałem. Nigdy, odkąd pamiętam, nie miałem problemu ze zrozumieniem ani z akceptacją owego faktu. Podobnie chyba jak cała wieś. Nie było sytuacji, w której dano by odczuć tej szczęśliwej istocie, że jest kimś innym, lepszym lub gorszym – wszystko jedno – kimś, kto inaczej myśli i w innym żyje świecie. Ludzie mieli poważniejsze, to znaczy bardziej przyziemne, problemy. Wystarczyło im, że w każdą niedzielę Dzidzia anielskim głosem śpiewa w kościele pieśni. Robiła to tak pięknie, że wszyscy cichli, pozwalając jej śpiewać, a młody organista, Jacek Łapiński, prawdziwy wirtuoz, wydobywał ze starych organów najcichsze dźwięki, nie starając się jej nigdy zagłuszyć. Dopiero gdy Dzidzia schodziła z chóru, a ludzie przy drzwiach tłoczyli się do wyjścia, pozwalał sobie na Bacha albo inne forte, niewykraczające jednak poza kanon akceptowany w kościele. Gdy ktoś zagadywał czasem przed świątynią, skąd taki wielki głos w tak drobnej istocie, Dzidzia, uśmiechając się pięknie, odpowiadała niezmiennie:

– To anioły we mnie śpiewają. Jak można było jej nie wierzyć? Z aniołami wstawała i kładła się spać, a one nawet we śnie jej nie odstępowały. Nie miały kształtów, twarzy, białych włosów ani nawet skrzydeł i nie potrafiła powiedzieć o nich nic konkretnego oprócz tego, że są. Może właśnie dlatego ubzdurała sobie, że czasem przyjmują postać ptaków i siadają na parapecie jej okna. Wtedy rozmawiała z nimi o wszystkim, co tylko przyszło jej do głowy. Gdy im się to znudziło i zrywały się z okna, szła na łąkę i mówiła dalej do niewidzialnych aniołów to, czego nie zdążyła powiedzieć ptakom. Że w nocy była burza i wiatr wyrwał okienko na strychu, a piorun strzelił w wierzbę nad rzeką, przełamując ją na pół. Że zawilce zakwitły w olszynach. Że od tygodnia pada deszcz i tylko patrzeć, jak rzeka wyleje. Że rzeka wylała. A tata obiecał jej kupić nowy magnetofon, jeśli tylko przestanie włączać Freddiego. Że stary magnetofon jest jeszcze dobry, tylko czasem nie załapuje, wtedy trzeba wetknąć w odpowiednie miejsce zapałkę. Że nasiała słoneczników, żeby zimą mieszać pestki ze smalcem dla sikorek. Że to i tamto. Jakby anioły tego wszystkiego nie wiedziały. Jakie znaczenie miało więc, ile Dzidzia ma lat?

Byłem jej rówieśnikiem, skończyłem szesnaście lat i choć coś już tam ze skomplikowanych spraw tego świata rozumiałem, byłem chudym, niewysokim szczeniakiem z tłustą cerą i wiecznie spoconymi dłońmi. Bardzo z tego powodu cierpiałem, bo zacząłem postrzegać życie jako ciąg nieskończonych korytarzy z milionem drzwi, jedne koło drugich, które chciałem otwierać i poznawać, ile się da. Jak najwięcej i jak najszybciej.

Była druga połowa lat dziewięćdziesiątych. Bałkany lizały rany po największym koszmarze w tej części świata od czasów drugiej wojny, w kraju trwała niekontrolowana eksplozja kapitalizmu i tłamszonej kilkadziesiąt lat demokracji, wynosząc na powierzchnię zwycięzców i grzebiąc – jak to bywa przy eksplozjach – ofiary, a Freddie Mercury nie żył od lat.

O tym ostatnim nie wolno było wspominać przy Dzidzi. Jakoś tak się nie powiedziało od razu, a potem nikt nie miał odwagi. Odkąd Jadźka wyszła za mąż i przeprowadziła się do męża, w tamtym domu prawie nie oglądało się telewizji, a radia, choć grało cały dzień, nikt tak naprawdę nie słuchał.

Dzidzia była szesnastoletnią szczęśliwą istotą, Jadźka oczekiwała czwartego dziecka, a Kamila właśnie skończyła studia. Stała na środku podwórka, trzymając dłonie na skroniach, i lekko kręciła głową, jakby nie mogła w coś uwierzyć. Dawno temu, prawie połowę mego życia wcześniej, zobaczyłem ją, jak szła kładką, niosąc w sukience szczeniaki, które ktoś wyrzucił na skraju wsi. Wtedy tak samo kręciła głową, a ja, biegnąc skądś zdyszany, zatrzymałem się przed tą kładką, spojrzałem na Kamilę i postanowiłem, że w przyszłości zostanie moją żoną. Miała rude włosy, miękko, faliście spadające do połowy pleców, i nosiła białe bluzki. Gdy budziłem się, zrywałem i patrzyłem w okno tuż nad moim łóżkiem, całe sznurki tych białych bluzek powiewały na wietrze. Uda, których nie dało się nie widzieć, gdy niosła te szczeniaki w podwiniętej sukience, miała brązowe od słońca. Nie wiedziałem, co robić: zerwać się, dogonić ją na tej kładce i powiedzieć o swoim postanowieniu, czy biec na wieś, skąd słychać było jakieś wrzaski. Potem się dowiedziałem, że to Karasiński wjechał traktorem w płot Pietrzyka. Oberwało mu się podwójnie: od sąsiada i własnej żony, która wytrzaskała go po gębie, drąc się na całą wieś, że jak to się można na takiej szerokiej drodze traktorem nie wyrobić. Gdy wzruszył ramionami, to jeszcze raz go zdzieliła, mówiąc:

– To się na drugi raz, stary dziadu, za Kamilą nie oglądaj, jak przez wieś idzie. – A jak ona szła?! – postawił się Karasiński. – Widziałaś, jak szła? Z kiecką podwiniętą! – A jak miała szczeniaki nieść?! W zębach?! – Karasińska jeszcze raz się odwinęła, ale tym razem się uchylił. – A ty się na drugi raz nie patrz. Jeszcze go tam zaczęła tarmosić, aż się Pietrzyk musiał za sąsiadem wstawić, wołając, żeby przestała, bo i tak już miał ten płot rozbierać.

– Wszystkieśta takie same – zakończyła. Wtedy, jak to usłyszałem, po raz pierwszy prawdziwie poczułem przynależność do męskiej części ludzkości i nawet przez parę dni nie chciałem się bawić z Dzidzią, uważając, że jest dla mnie nie dość, że za dziecinna, to za dziewczęca. Potem skapitulowałem, bo być blisko Dzidzi, znaczyło być blisko Kamili. Jednak ani wtedy, ani później o tym, że zostanie moją żoną, jej nie powiedziałem.

Teraz, kiedy patrzyłem, jak stała na środku podwórka, było już na to za późno – przestałem być już dzieckiem. I jeszcze za wcześnie – ciało dziecka wciąż mnie więziło.

Mogłem tylko stać w tym oknie i patrzeć, jak zmaga się z pierwszym poważnym w swym życiu problemem,

o którym już coś niecoś z rozmów babci z Andrzejem wiedziałem. Tym problemem była Dzidzia. A ściśle mówiąc, jej nieświadomość jakichkolwiek problemów. Przyszła na świat i żyła na nim szczęśliwie, nie zawracając sobie nimi głowy. Nie wiadomo, czego zabrakło w skomplikowanych układach zwojów mózgowych Dzidzi, albo może czego było za dużo, ale Borowiec nie pozwolił, by dostała się w łapy neurochirurgów, którzy być może zechcieliby otworzyć jej czaszkę i przekonać się, co tam takiego pod nią zaszło. Zabronił żonie jeździć z Dzidzią po lekarzach.

– Mam udane córki – powiedział pewnego dnia na poparcie swego postanowienia. – Jadźka jest piękna, Kamila bystra, a Dzidzia to Dzidzia. Wszystkie są wyjątkowe. Rzeczywiście, nie było w okolicy ładniejszej panny od Jadźki. W wieku osiemnastu lat, nie mogąc odgonić się od kawalerów, wybrała na chybił trafił Stefana i zaczęła mu rodzić dzieci. Stefan był głupi, pazerny i zacofany. Tyle że jej nie bił. A nie bił tylko dlatego, że fizyczna przemoc stanowiła granicę, poza którą Jadźkę opuszczał wszelki spokój i potrafiła być nieobliczalna. Musiał więc przynajmniej raz spróbować, bo inaczej sam by na to nie wpadł.

Powiedzieć o Kamili, że jest tylko bystra, to daleko idące uproszczenie. A gdzie ogniste włosy, które dostała w spadku po prababce ze strony matki? (Borowcowa w odpowiedzi na jakieś dywagacje teściowej, a skąd to tak nagle, ni stąd, ni zowąd, ruda córka, raz tylko pokazała zdjęcie owej babki, mówiąc: „A stąd! Moja babka była ryża”. Zdjęcie było czarno-białe, a raczej, jak wszystkie stare fotografie, w kolorze sepii, jednak stanowczość, z jaką zostały wypowiedziane te słowa, zamknęła wszystkim gęby raz na zawsze). A gdzie zapierająca dech figura, z którą Kamila, nieświadoma wrażenia, obnosiła się od szesnastego roku życia, od tamtego lata, kiedy natknęła się koło pola na szczeniaki i niosła je potem przez całą wieś w sukience? A gdzie oczy, w które wystarczyło nieostrożnie raz zbyt głęboko spojrzeć, żeby już w żadnych innych nic nie odnaleźć? A że do tego wszystkiego była jeszcze bystra…

Skończyła matematykę i przez pięć lat pobytu poza domem nie potrzebowała od rodziców żadnej finansowej pomocy. Wraz ze swą przebojową przyjaciółką Baśką handlowała damską bielizną, którą tamta zwoziła z zagranicy. A pierwszego lata, z lekka oszołomiona gotówką, jakiej nigdy w życiu nie miała, nie bardzo wiedząc, co z nią zrobić, kupiła od starego Jamroza trzy hektary ziemi przylegającej do ich pola i kazała ojcu kawałek obsadzić wiśniami, a resztę zostawić na łąkę. Jamroz wprawdzie sprzedał te hektary za psie pieniądze, zeźlony na synów, którzy jeden po drugim pouciekali do miasta, ale nikomu we wsi jakoś nie przyszło w porę do głowy, żeby taką okazję wykorzystać. Zresztą, co to za okazja, pasek łąki, długi a wąski. Kamila umiała liczyć i szybko obliczyła: tyle i tyle rzędów, po tyle i tyle drzewek w każdym rzędzie, a z każdego drzewka tyle i tyle wiśni. Niech płacą tylko to, co w tamtym roku. Stefan, mąż Jadźki, ubiegłego lata ogołocił jedyną wiśnię za stodołą i sprzedał wszystko przy szosie, to wie, ile jedno drzewko zarobiło, bo Jadźka, płacząc, że nawet jej na kompoty dla dzieci owocu nie zostawił, powiedziała. Odliczając koszty, pole zwróci się w pierwszym roku zbiorów; grzech było takiej okazji nie wykorzystać.

– A potem co? – dopytywał ojciec. – Mnie pola do roboty nie brakuje, Jadźka już o swoim myśli, a ty podobno w mieście masz zostać. – A potem choćby sprzedać na działki – odparła. – Z jednej strony las dębowy, z drugiej rzeka… – Kto ci tu działki kupi, jak wszystkie do miasta uciekają! Kamila zmarszczyła czoło, patrząc na swoje pole w malowniczej dolinie.

– Zielone światło dla przedsiębiorczych, ojciec. Nie słyszałeś? Zarobią pieniądze, zaczną wracać. – Te, co mają wrócić, to na ojcowiznę wrócą. – Borowiec nie dawał się przekonać. Prawda była taka, że chyba mu się za bardzo tych drzewek sadzić nie chciało. – Ale nie synkowie Jamroza? – Kamila spojrzała ojcu w oczy, a on musiał przyznać, że nie dość, że bystra, to jeszcze zaradna. I jaka przewidująca. – Przewidująca? – zaśmiał się głośno Andrzej, gdy mu Borowiec wieczorem przy flaszce zeszłorocznego bimbru o pomysłach średniej córki powiedział. – Cwana jest. Żeby się czasem pierwsza na tym zielonym świetle nie przejechała. O parę skrzyżowań za daleko. Andrzej od pierwszych klas podstawówki był chłopakiem Kamili. Dokładnie od dnia, gdy w drodze do szkoły wplątał jej we włosy dwa zdechłe ptaki, a ona jemu wybiła trzy zęby. Bez zastanowienia. (Najbardziej na świecie nie znosiła zdechłych ptaków we włosach. Andrzej przekroczył granicę spokoju Kamili. I już nigdy więcej tego nie zrobił). Innego chłopaka, nawet w mieście, Kamila zajęta nauką i interesami nie miała. Sam ukończył zaocznie studia rolnicze i nie miał nic przeciwko studiowaniu dziewczyny, ale jej plany życiowe nie bardzo mu przypadły do gustu. Miał sporo ziemi i dopóki Kamila nie wyjechała do tej cholernej Warszawy, ich plany zbiegały się w jednym punkcie: oboje po studiach mieli się zająć gospodarką i wychowaniem trójki wspaniałych dzieci. Te dzieci już nawet otrzymały swoje imiona. Tu będzie rosło to, tu tamto, a w szopach miały stać maszyny. Już zresztą stoją, tylko Kamili z każdym kolejnym rokiem tego studiowania coś się zaczęło odmieniać. Miasto jej się nagle spodobało.

Kamili nie tyle spodobało się miasto, ile matematyka. Całkowicie nią zawładnęła. Interesy z Baśką były z konieczności, żeby jakoś się utrzymać. Kamila miała słabość do dobrych ubrań, a zwłaszcza do białych bluzek. Życie i mieszkanie też kosztowało. Dobrze, że taka Baśka w ogóle jej się trafiła. Kamila potrafiła odnaleźć się tylko w liczbach, wyliczyć wszystko, przekalkulować, ale z organizacją bywało gorzej. Chcąc nie chcąc jednak, handlując przez kilka lat damską bielizną, czegoś się mimo woli nauczyła. Interesy z Baśką i konieczność utrzymania się na powierzchni sprawiły chyba, że Kamila z miejsca nie stała się typem oderwanego od rzeczywistości naukowca, na co już przy pierwszym zderzeniu z wyższą matematyką była wielka szansa.

Kupiła więc pole od Jamroza i kazała jedną część obsadzić wiśniami, a drugą zostawić na łąkę, lecz z każdym kolejnym rokiem studiów rosła w niej miłość do matematyki, a malała do ziemi. Ledwie obroniła dyplom magisterski, już myślała o doktoracie, zwłaszcza że otrzymała propozycję zostania na uczelni. Dotarło do niej oczywiście, że zimą matka wyjechała w swoje strony, ale dopiero powrót do domu na wakacje w pełni uświadomił jej skutki, jakie ów fakt za sobą pociągnął.

Borowiec, który dotąd zaglądał do kieliszka z umiarkowaną częstotliwością, nie częściej niż każdy normalny chłop we wsi, od czasu do czasu delektując się pędzonym jesienią ze śliwek węgierek bimbrem, teraz prawie nie trzeźwiał. Śliwowica, która zostawała zawsze z roku na rok, była już wspomnieniem. Gdy Kamila wróciła do domu, w kuchni stał świeży zacier nie wiadomo na czym, ojciec grabił siano na łące zakołowany, a Dzidzia stała po kolana w rzece z magnetofonem kasetowym i wydzierała się na cały głos, wtórując Freddiemu. Przyszła tu za aniołami, zapominając, że nie wolno jej zbliżać się samej do rzeki. Głos Freddiego niósł się po wodzie i brzmiał jeszcze piękniej. Tylko może za głośno dla aniołów, które przecież są najcichszymi istotami na świecie. Co będzie, jeśli zechcą się schować pod wodą i utopią?

– Anioły się nie topią! – krzyknęła Kamila, wyciągając Dzidzię za rękę z rzeki i prowadząc do domu, którego nie poznała. Przez dwa dni sprzątała, myła okna i prała walające się wszędzie brudy. Wywaliła z kuchni bimbrownię, którą Borowiec bez słowa żalu poskładał na nowo w szopie za stodołą, i zamiotła podwórko. Potem usiadła na schodach przed domem i długo siedziała, gapiąc się przed siebie. Do babci, która widząc, jak tak siedzi godzinę, dwie, przyszła w końcu zapytać, co się dzieje, powiedziała:

– A nic. Tylko to, że muszę wszystko jakoś poskładać, dodać jedno do drugiego, pomyśleć… Pomyślę, poskładam, zajmę się swoim życiem. Maksymek już przyjechał? – Przyjechał, jak zwykle – odparła babcia. – Sam? – Sam. No nie! Już nie Maksymek i niezupełnie sam, tylko z dwoma Amerykańcami i z dwoma Ruskimi: z Millerem, Chandlerem, Dostojewskim i Czechowem. Maksymek przyjeżdżał na wakacje z Nienackim i Verne’em w plecaku, maleńka różnica. Dla matematyczki może niezauważalna. Kiedy któregoś dnia pochyliła się nade mną, przechodząc kładką, bo siedząc tam, z nogami swobodnie zwisającymi nad wodą, najczęściej czytałem, serce zabiło mi jak oszalałe.

– Dostojewski… – W tym zawieszeniu zabrzmiało wyraźne, jak mi się zdawało, zainteresowanie. Poderwałem głowę i wbiłem wzrok w niesamowite oczy Kamili, mówiąc bez tchu:

– Chcesz, to ci pożyczę, jak skończę. A nawet teraz… od razu. Zaśmiała się, wsunęła rękę w moje włosy i poczochrała je, jak się czochra łeb ulubionego psiaka.

– Jak dla mnie zbyt sentymentalny – powiedziała. – Dostojewski?! – Musiałem się upewnić. W odpowiedzi pogładziła mnie po głowie, co było gorsze od czochrania, i zaprosiła na placki z jabłkami, które, wychodząc do mojej babci na pogawędkę, kazała smażyć Dzidzi. Byłem tak zły, że nie skorzystałem z zaproszenia. Konsekwentnie wytrwałem w tej złości do wieczora. A potem pozwoliłem, by mi mówiła: „Takie dobre placki, Maksymku, wyszły Dzidzi, szkoda, że nie wpadłeś i trzeba było wyrzucić kurom”, bo miałem do wyboru: albo się obrazić, albo poczekać, aż Kamila sama dojrzeje do Maksyma, jak ja dojrzałem do Dostojewskiego.

Na kładce między naszymi światami, zatopiony w lekturze, poznawałem ciemne strony ludzkiej natury, głęboko wierząc, że to tylko fikcja literacka. Docierałem w głąb mrocznej natury nowych bohaterów, jak wcześniej z bohaterami Verne’a do wnętrza ziemi. Jedno i drugie było zajmujące, bo brało się z nieograniczonej wyobraźni, której i mnie nie brakowało. Potrafiłem jednak odróżnić fantastykę od fikcji. Ale pod koniec tego lata miałem się przekonać, że rzeczywistość, choćby nawet do bólu prozaiczna, potrafi powalić na ziemię i zaskoczyć bardziej niż najwymyślniejsza wyobraźnia.

Miałem więc szesnaście lat i po raz kolejny przyjechałem na wakacje, od samego początku zachłystując się beztroską świata, który znałem i kochałem od wczesnego dzieciństwa, nie zdając sobie jeszcze sprawy, że ten świat się właśnie kończy.

Paweł Mieczkowski