Czytelnia

Fragment: Drugi dziennik – Jerzy Pilch

Drugi dziennik 21 czerwca 2012 - 20 czerwca 2013 - Jerzy Pilch

Kolejny fragment na tapecie. Tym razem jest to „Drugi dziennik 21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013” Jerzego Pilcha. Książka ukazała się 2 grudnia 2013 nakładem Wydawnictwa Literackie. Zachęcamy do lektury…

Drugi dziennik 21 czerwca 2012 - 20 czerwca 2013 - Jerzy Pilch Drugi dziennik 21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013 – Jerzy Pilch

Kiedy w czerwcu 2012 roku Jerzy Pilch zasiada do pisania drugiego tomu dziennika, Polska wylega na stadiony i w nieznośnym upale przeżywa rytualne porażki drużyny narodowej. Podobny spektakl byłby doskonałym pretekstem dla wytrawnego filozofa polskiej piłki nożnej, którym Jerzy Pilch niewątpliwie jest. Tymczasem pisarz przybiera bardziej osobisty ton: odwraca się plecami do telebimów na sąsiednim placu Defilad i w mieszkaniu na Hożej konfrontuje się ze wzmożeniem rzeczy ostatecznych. Coraz intensywniej i namiętniej przebywa ze sobą, sam na sam. Rzadsze stają się wizyty na mitycznym Śląsku.

Otwarcie pisze o duchu i walce z własnym ciałem. O lęku przed nieobudzeniem się i koszmarem zapomnienia ojczystego języka. O uroczysku, z którego pochodzi, i o życiu wiecznym. Bablu, Dostojewskim, Nietzschem i o żalu nad ostatnim papierosem – bo to ten naprawdę ostatni. Wybuchowa mieszanka ironii i żartu, połączona z przeczuciem nieuniknionej, ale i na swój sposób wyzwalającej utraty kontroli nad własnym ciałem czynią „Dziennik” frapującą i nieprzewidywalną lekturą. Bo co tak naprawdę zostało? „Bóg i piłka nożna”. Ponad wszystko, „Dziennik” to prawdziwa rozkosz obcowania z Pilchowską frazą w sensie ścisłym.

Fragment książki:

2 października 2012

Gdy w czasie tegorocznych, chwilami całkowicie niepoczytalnych upałów siódmy z rzędu wiślański ewangelik popełnił samobójstwo, matka oświadczyła, iż natychmiast dzwoni do księdza Longina, aby coś z tym zrobił.

— Z czym? — zapytałem nieco zbyt obcesowo, albowiem przez chwilę uroiło mi się, iż matula chce sprowadzić Longina, by ten wskrzesił siódmego samobójcę, a może i z sześcioma pozostałymi „spróbował coś zrobić”.

Urojenie całkiem od czapki nie było — matka ostatnimi czasy miewała dziwaczne pomysły, dokładniej: dziwaczne pomysły miewała zawsze, ostatnimi czasy jakby częściej. Jednak nie tym razem.

— Jak to z czym? Z plagą samobójstw! Z plagą samobójstw wśród naszych!

— Jaką plagą? Gdzie do plagi? Parę przypadków i od razu plaga?

— W naszym przypadku siedem ofiar to jest plaga! Pan postanowił wygubić swój lud!

— Jak Pan tak postanowił, to ani Longin, ani żaden inny ksiądz nic nie pomoże, przeciwnie, przybyciem swoim, modlitwami i nie mówię: faryzejską, ale jednak nieco zbyt „wystudiowaną” pobożnością zamętu narobi… Nie ma co do niego czy po niego dzwonić… Niech lepiej na zadku siedzi…

— Ludzie jeden za drugim się wieszają, a księża na zadkach siedzą… Dlatego właśnie Pan plagę zesłał! Trzeba dzwonić i budzić!

— Jak najwyższe kierownictwo zaczęło działać, to nam pozostaje tylko czekać w pokorze…

— Jezusie Nazareński, oświeć tę ciemną pałę. Samobójstwa są z jednej strony plagą, z drugiej ostrzeżeniem…

— Przed czym?

— Przed kolejnymi samobójstwami. Jaśniej być nie może. Jak długo będą czekać? Ciekawe, jak długo będą czekać?

— Samobójcy?

— Nie, księża.

— W sumie co ma ksiądz do samobójstwa? Bo niby ma wiele, niby wszyscy przeświadczeni, że ma niesłychanie wiele, a może nic nie ma?

— Jak nic nie ma? Wszystko ma!

— Księża to są specjaliści od samobójstw?

— Księża to są specjaliści od wszystkiego, co się na granicy tego i tamtego świata dzieje…

— Wopiści transcendencji?

— Nie kpij, gdyby nie te kpiny, gdyby nie te wieczne kpiny ze wszystkiego, dalej byś zaszedł!

— Dalej! Dalej! Dalej bym zaszedł, jakbym codziennie nie słyszał, że powinienem zajść dalej… Poza tym żadnych kpin tu nie widzę, nie słyszę. Czyli co? Księża pogranicznicy co powinni?

— Ratować…

— Każdy powinien ratować… Jest ktoś, kto nie powinien ratować?

— Niejeden nie powinien… Niejeden by się znalazł, co nie powinien.

— Kto?

— Ten nie powinien, co na pogrzeb zawsze przychodzi… Zawsze przychodzi, a nie powinien. I żaden z tych, co w samobójstwie maczali palce, nie powinien…

— To akurat prawda. Czystego samobója nie ma. Każdy samobój jest trochę mordem. Nie w znaczeniu, że samobójca sam siebie morduje, ale w znaczeniu, że niejeden go pognębił i tym samym nakłonił, do podjęcia ostatecznej decyzji się przyczynił, ostatni krok podpowiedział, a nawet do jego wykonania zmusił… W samobóju maczał palce… Dobrze mama powiedziała.

— A coś ty myślał… Niejeden zachęcił, a tu zniechęcić trzeba… Odwieść od takiego czynu… Za wszelką cenę odwieść od złego zamiaru…

— Za wszelką cenę ?

— Tak!

— Ksiądz rękę na samego siebie podniesioną ma odrąbać?

— Jak na samego siebie? Księża nie popełniają samobójstw. W każdym razie nie nasi.

— Nasi w ogóle niczego nie popełniają.

— W kościele byłeś?

— Nie.

— No to nie gadaj. Do kościoła bezbożnik nie chodzi, a gada.

— Tylko praktykujący mogą gadać?

— Lepiej by było. Wiara rzekomo wierzących, a niepraktykujących to dopiero gadanie.

— Jak ktoś się zabija, podnosi na siebie rękę, ksiądz powinien tę rękę odrąbać?

— W sensie ścisłym?

— A jakim? O metafory się nie pytam. Metafory tego typu mają zresztą, jak doskonale wiemy, przykrą i nic nas nie obchodzącą bolszewicką tradycję.

— W ostateczności, jak już nic innego nie pomoże, jak wszystkie pozostałe środki zawiodą, trzeba odrąbać. Lepiej żyć z jedną ręką, niż z dwiema w trumnie leżeć. — Gość z dwiema rękami nie dawał rady życiu, teraz z jedną sobie poradzi?

— Jak opamiętanie przyjdzie… Jak Pan Bóg opamiętanie ześle, to poradzi, bez rąk, a nawet bez nóg, a poradzi…

— Kto chce za wszelką cenę żyć, poradzi…

— Synku, wszyscy chcą żyć…

— A naszych siedmiu wspaniałych?

— Sami zostali… Znikąd żadnego wsparcia. Kur…! Dzwonię do Longina!

— Przepraszam, ale może by się mama jakoś oględniej wyrażała, o poważne sprawy chodzi…

— Okej.

— Wracając do naszej siódemki, to może faktycznie był wśród nich ktoś, kto nie tyle chciał się zabić, ile desperackim aktem próbował zwrócić na siebie uwagę…

— Słynne wołanie o pomoc…

— Tak jest. Ale niewątpliwie był tam też, może nawet niejeden, samobójca profesjonalista, samobójca saper, samobójca komandos, samobójca karateka nie do pokonania; ktoś, kto postanowił się zabić z niedościgłą precyzją, ktoś, kto postanowił opuścić ten padół z żelazną konsekwencją… Jego nic nie zatrzyma, jemu nikt nie da rady…

— Dobry ksiądz da rady.

— Przy okazji…

— Tak, słucham…

— Najlepsze życzenia urodzinowe…

— Ach, synku, za bardzo mnie twoja starość przeraża, żebym swoją świętowała. Ale za życzenia dzięki…

Paweł Mieczkowski