Czytelnia

Fragment: Chłopiec z listy Schindlera – Leon Leyson

Chłopiec z listy Schindlera - Leon Leyson

Prezentujemy nowy fragment! „Chłopiec z listy Schindlera” to wydane pośmiertnie wspomnienia najmłodszej osoby, figurującej na liście Schindlera. Książka pojawiła się w sprzedaży 13 stycznia 2014 nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka. Zachęcamy do zapoznania się z książką i jej fragmentem.

Chłopiec z listy Schindlera - Leon Leyson Chłopiec z listy Schindlera – Leon Leyson

Prawdziwa historia chłopca cudem ocalałego z Holocaustu. Nawet w najbardziej mrocznych czasach – a może zwłaszcza wtedy – jest miejsce dla siły woli i odwagi. Leon Leyson (właśc. Lejb Lejzon) miał tylko dziesięć lat, gdy naziści najechali na Polskę, i musiał wraz z rodziną przenieść się do krakowskiego getta. Dzięki nieprawdopodobnemu szczęściu, a także hartowi ducha i sprytowi, udało mu się przetrwać sadystyczne praktyki nazistów, w tym demonicznego Amona Goetha, komendanta obozu koncentracyjnego w podkrakowskim Płaszowie. Jednak w ostatecznym rachunku to wspaniałomyślność i przebiegłość jednego człowieka – Oskara Schindlera – uratowała życie Leona Leysona i jego rodziny. Schindler wpisał ich na listę pracowników swojej fabryki – lista ta stała się znana na świecie jako „lista Schindlera”. Książka wspaniale oddaje niewinność młodego chłopca, który musiał przejść przez piekło. Najbardziej uderza w niej brak słów pełnych nienawiści; wiele za to mówi o ludzkiej godności i woli przetrwania.

Fragment książki:

Prolog

MUSZĘ PRZYZNAĆ, ŻE TEGO DNIA MIAŁEM spocone dłonie i czułem niepokój w brzuchu, gdy czekałem w kolejce. Cierpliwie, ale nie bez obawy. Miałem uścisnąć dłoń człowieka, który tyle razy uratował mi życie. Ale było to tak dawno… Nie miałem nawet pewności, czy mnie rozpozna.

Wcześniej tego jesiennego dnia 1965 roku, jadąc na lotnisko w Los Angeles, powiedziałem sobie, że człowiek, z którym miałem się spotkać, może mnie już nie pamiętać. Ostatni raz widziałem się z nim przed dwudziestoma laty, na innym kontynencie i w całkiem innych okolicznościach. Byłem wtedy wychudzonym i wygłodzonym piętnastolatkiem, wyglądającym na dziesięciolatka. A teraz byłem trzydziestopięcioletnim facetem, żonatym, z obywatelstwem amerykańskim, weteranem armii Stanów Zjednoczonych i nauczycielem.

Przesuwałem się z wolna w kolejce, by powitać naszego gościa, ale i tak trzymałem się z tyłu. Byłem w końcu najmłodszy w tym gronie, więc nie miałem po co przepychać się do przodu. Zresztą, szczerze mówiąc, sam chciałem odwlec chwilę, gdy mogłoby się okazać, że człowiek, któremu tyle zawdzięczam, już mnie nie pamięta.

Ale zamiast rozczarowania czekało mnie radosne przeżycie – jego ciepły uśmiech i słowa: „Wiem, wiem, ty przecież jesteś mały Lejzon!”.

Powinienem wiedzieć, że kto jak kto, ale Oskar Schindler nigdy mnie nie zawiedzie.

W dniu, kiedy się znów spotkaliśmy, świat wciąż nie znał Oskara Schindlera i nie miał pojęcia o bohaterstwie, jakim się wykazał podczas drugiej wojny światowej. Jednak ludzie, którzy się wówczas zgromadzili na lotnisku, dobrze o tym wiedzieli.

Wszyscy z nas – wraz z tysiącem innych – zawdzięczaliśmy mu życie. Przeżyliśmy Holocaust dzięki temu, że Schindler – ryzykując ogromnie – nie zawahał się przed przekupstwem i różnymi machlojkami, by ocalić nas, żydowskich robotników, przed komorami gazowymi w Auschwitz. Wykorzystał swój spryt i niewiarygodne szczęście, by uratować nam życie. Wmówił nazistom, że jesteśmy niezbędni dla wojennego wysiłku Niemiec, choć dobrze wiedział, że wielu z nas – łącznie ze mną – nie ma żadnych przydatnych kwalifikacji. Prawda wyglądała tak, że tylko stojąc na drewnianej skrzynce, mogłem dosięgnąć kontrolek maszyny, którą ob- sługiwałem. Dzięki tej skrzynce miałem szansę wykazać się jako użyteczny robotnik – i pozostać przy życiu.

Nie nadawałem się raczej na ocalenie z Holocaustu. Przeciw mnie przemawiało wiele rzeczy, a za mną – prawie nic. Było jednak coś, co przeważyło wszystko inne: Oskar Schindler uważał, że wart jestem ocalenia, nawet za cenę jego osobistego ryzyka. Teraz przyszedł czas, bym to ja zrobił coś dla niego – bym opowiedział o Oskarze Schindlerze takim, jakiego go znałem. Mam nadzieję, że pamięć

o nim stanie się częścią i Waszej pamięci, tak jak mojej. Jest to historia mojego życia splecionego z jego życiem. Tak więc chciałbym Wam przedstawić moją rodzinę – oni również ryzykowali życie, bym ocalał. Nawet w najgorszych czasach dawali mi odczuć, że mnie kochają i zależy im na moim życiu. W moich oczach także są bohaterami.

Rozdział 1

POBIEGŁEM NA BOSAKA PRZEZ PODMOKŁE łąki do rzeki. Wśród drzew zrzuciłem ubranie, a potem uchwyciłem się znajomej niskiej gałęzi i poszybowałem nad wodą. Co za rozkoszne lądowanie! Spływając już z nurtem rzeki, słyszałem jedno, a potem dwa dalsze pluśnięcia – to dołączali do mnie przyjaciele. Niestety, wkrótce trzeba było wyleźć na brzeg, by znów wystartować z naszej ulubionej gałęzi. Gdy drwale pracujący w górze rzeki psuli tę zabawę, spuszczając w nurt pnie, by spłynęły do tartaku, szybko korzystaliśmy z nowej atrakcji: układaliśmy się na plecach na dryfujących pniach i podziwialiśmy słońce przenikające przez sklepienie gałęzi – dębowych, świerkowych i sosnowych.

Powtarzaliśmy tę zabawę bez końca i nigdy mi się nie znudziła. Czasami w te gorące letnie dni wkładaliśmy kąpielówki – zwłaszcza wtedy, gdy liczyliśmy się z obecnością dorosłych – ale zwykle dokazywaliśmy nago.

Szczególnego uroku dodawał tym zabawom fakt, że były jak najsurowiej zakazane przez mamę – bo przecież nie umiałem pływać. Równie wiele zabawy miałem zimą. Mój starszy brat Calig pomagał mi w kleceniu łyżew ze wszystkiego, co było pod ręką – z resztek metalu znalezionych w dziadkowej kuźni i drewienek przeznaczonych na opał. Nasza pomysłowość nie miała granic. Łyżwy były prymitywne i nietrwałe – ale działały! Byłem chłopcem niewysokim, lecz szybkim. Uwielbiałem się ścigać ze starszymi chłopakami po kruchym lodzie. Pewnego razu pod Dawidem, jednym z moich braci, lód się załamał. Wpadł do rzeki. Dobrze, że woda była w tym miejscu płytka. Pomogłem mu wydostać się na powierzchnię i pognaliśmy do domu, by się przebrać i ogrzać przy piecu. Ale wkrótce znów wybraliśmy się nad rzekę w poszukiwaniu nowych przygód.

Życie wydawało się nam jedną wielką beztroską majówką.

Tak więc nawet najstraszniejsze bajki nie przygotowały mnie na spotkanie z faktycznymi potwor- nościami, jakie mnie dotknęły już parę lat później – z walką o przeżycie, ale i z bohaterem, który pojawił się w przebraniu bestii. Pierwsze lata mojego życia nie zapowiadały niczego takiego. Choć ludzie od dawna znają mnie jako Leona Leysona, tak naprawdę nazywam się Lejb Lejzon. Urodziłem się w Narewce, sporej wsi w północno- wschodniej Polsce. Dziś niedaleko biegnie granica z Białorusią – ale wtedy tak nie było. Moja rodzina mieszkała w okolicy od pokoleń, od co najmniej dwóch wieków.

Rodzice byli uczciwymi, ciężko pracującymi ludźmi, którzy liczyli jedynie na to, na co sami potrafili zapracować. Moja matka, Chana, była najmłodsza z rodzeństwa złożonego z dwóch sióstr i trzech braci. Jej starsza siostra miała na imię Szejna, co w jidysz znaczy „piękna”. Ciotka rzeczywiście była bardzo ładna – a moja mama niespecjalnie, przez co ludzie, w tym moi dziadkowie, traktowali je odmiennie. Oczywiście kochali je obie, ale uważali, że Szejna jest za ładna do ciężkiej pracy fizycznej, a moja mama – nie. Pamiętam, jak mama opowiadała mi, że musiała nosić wiadra pełne wody ludziom pracującym w polu. Panował wtedy upał, a wiadra ciążyły, jednak trud się opłacił, bo właśnie wtedy mama poznała tatę.

Choć tata sam zainteresował się mamą, ich małżeństwo musiało być zaaranżowane przez dziadków – w każdym razie na takie wyglądać. Wtedy we wschodniej Europie panował taki obyczaj. Na szczęście dziadkowie z obu stron byli zadowoleni, że ich dzieci czują do siebie sympatię. Wkrótce doszło do ślubu; moja mama miała wtedy szesnaście lat, a tata, Mosze, osiemnaście.

Dla mojej mamy życie pod wieloma względami niewiele się zmieniło. Dni upływały jej na za- jęciach domowych, gotowaniu i dbaniu o rodzinę – tyle że nie byli to już rodzice i rodzeństwo, lecz mąż i własne dzieci. Jako najmłodszy z pięciorga rodzeństwa nieczęsto miałem mamę tylko dla siebie, więc lubiłem, gdy bracia i siostra byli w szkole, a do domu przychodziły sąsiadki i siadały koło pieca, robiły na drutach albo darły gęsie pierze na pierzyny i poduszki. Przyglądałem się, jak kobiety wpychały pierze do wsypy i potrząsały delikatnie, by zrobiło się bardziej puchate. Wtedy zawsze trochę piórek musiało spaść na podłogę. Moim zadaniem było zebrać ten puch, unoszący się w powietrzu niczym śnieg. Próbowałem wszystko wyłapać, ale piórka mi uciekały. Często miałem jednak szczęście i chwytałem je w garść, a wtedy sąsiadki nagradzały mnie śmiechem i pochwałami. Skubanie gęsi było ciężką pracą, więc każde piórko miało swoją wartość. Czekałem, aż moja mama zacznie się wymieniać z przyjaciółkami historyjkami i wiejskimi ploteczkami. Ukazywała wtedy swoje pogodniejsze oblicze. Chociaż była wiecznie zapracowana, zawsze znajdowała czas, by okazać nam swoją miłość. Śpiewała z nami, no i oczywiście pilnowała, byśmy robili, co do nas należy. Kiedyś siedziałem przy stole nad podręcznikiem do arytmetyki, gdy usłyszałem za sobą jakieś szuranie. Tak byłem skupiony na nauce, że nie dosłyszałem, iż mama zaczęła się krzątać przy kuchni. Nie było to w porze obiadu ani kolacji, więc się zdziwiłem. A ona podała mi talerz z jajecznicą. Usmażyła ją specjalnie dla mnie. I powiedziała: „Dobry z ciebie chłopak, zasłużyłeś sobie”. Wciąż czuję dumę, gdy to sobie przypominam. Mama też musiała być dumna.

Mój ojciec chciał nam zawsze zapewnić przyzwoite życie. Uważał, że praca w fabryce da mu lepsze perspektywy niż rodzinna kuźnia. Wkrótce po ślubie z mamą zaczął pracować jako młodszy mechanik w hucie szkła, gdzie wyrabiano butelki. Tam nauczył się robić formy do butelek. Dzięki ciężkiej pracy, wrodzonym zdolnościom i determinacji szybko awansował. Właściciel fabryki wysłał ojca na kurs projektowania narzędzi do pobliskiego Białegostoku. Od razu zorientowałem się, że to była dla niego ważna sprawa, bo kupił sobie z tej okazji nową marynarkę, a w naszej rodzinie nieczęsto kupowało się nowe ubrania.

Huta szkła nieźle prosperowała, więc właściciel postanowił wypłynąć na szersze wody i przenieść ją do Krakowa. Uważałem, że to strasznie daleko. W naszej wsi mocno się tym emocjonowano, bo mało kto z nas – chyba nikt – opuszczał miejsce urodzenia. Mój ojciec, jako jeden z niewielu pracowników, miał się przenieść wraz z fabryką. Plan był taki, że tata najpierw pojedzie sam do Krakowa, a kiedy się trochę dorobi i znajdzie odpowiednie mieszkanie, ściągnie rodzinę. Zabrało mu to parę lat. Tymczasem co pół roku przyjeżdżał do nas w odwiedziny. Nie pamiętam już pierwszego wyjazdu taty, ale przypominam sobie, jak do nas przyjeżdżał na parę dni. Gdy się pojawiał, wiedziała o tym cała wieś. Ojciec był wysokim, przystojnym mężczyzną, przywiązującym sporą wagę do wyglądu. W Krakowie nabrał wielkomiejskiego szlifu i stopniowo zaczął się coraz lepiej ubierać. Za każdym przyjazdem miał na sobie piękny garnitur, elegancką koszulę i krawat. Budziło to niemałą sensację wśród wieśniaków przyzwyczajonych do luźnych i prostych ubrań chłopskich. Zresztą te garnitury pomogły nam ocalić życie w strasznych latach, które nas czekały.

Odwiedziny ojca to zawsze było święto. Dom się odmieniał. Przez resztę roku mama gotowała nam jedzenie smaczne, ale skromne. Gdy jednak przyjeżdżał tata, było inaczej. Siadaliśmy przy suto zastawionym stole. Na śniadanie było zawsze więcej jajek, a na obiad – mięsa. Słuchaliśmy opowieści taty o miejskim życiu. Mówił nam o nowoczesnych wynalazkach – kanalizacji w mieszkaniach i o tramwajach, co trudno nam było sobie nawet wyobrazić. Cała nasza czwórka braci – Herszel, Calig, Dawid i ja – zachowywała się jak najgrzeczniej. Wiedzieliśmy jednak, że prawdziwą ulubienicą ojca jest nasza siostra Pesza. Nic dziwnego, gdyż w naszym domu, pełnym hałaśliwych chłopaków, była jedyną dziewczynką. Ile razy coś przeskrobaliśmy, Pesza nigdy nie była winna – nawet jeśli sama miała coś za uszami. Ojciec zawsze stawał w jej obronie. Pesza miała długie blond włosy, które mama zaplatała jej w grube warkocze. Pomagała mamie w domu, była cicha i grzeczna. Mogę więc zrozumieć, czemu tata tak ją faworyzował.

Tata przywoził nam prezenty z miasta. Na bombonierkach były zdjęcia wspaniałych historycznych budynków i bulwarów krakowskich. Wpatrywałem się w nie długo, próbując sobie wyobrazić życie w tak pięknym miejscu.

Jako najmłodsze dziecko w rodzinie zawsze donaszałem po starszych braciach ubrania i bawiłem się ich zabawkami. Pewnego razu tata przywiózł nam teczki. Myślałem, że znów będę musiał czekać, aż „odziedziczę” jedną po którymś z braci. Uważałem, że to nie w porządku. Spotkała mnie jednak niespodzianka – tym razem najmniejsza teczuszka była tylko i wyłącznie dla mnie. Bardzo się ucieszyłem.

Ojciec przyjeżdżał zaledwie na parę dni, ale zawsze znajdował wtedy czas dla mnie. Nic nie sprawiało mi większej przyjemności niż spacery z tatą do dziadków, gdy po drodze witali się z nim wszyscy przyjaciele i znajomi. Trzymał mnie zawsze za rękę, bawiąc się moimi palcami. To było jak sekretny przekaz, mówiący, że kocha mnie – swojego najmłodszego syna.

Herszel był z nas najstarszy, potem szedł Becalel, nazywany Caligiem, następnie Pesza, brat Dawid, no i ja. Dla mnie Herszel był jak biblijny Samson: wielki, mocny i zadziorny. Rodzice narzekali na jego krnąbrność. Jako nastolatek zbuntował się i odmówił chodzenia do szkoły. Chciał robić coś bardziej „użytecznego”. Tata pracował już wtedy w Krakowie, więc rodzice postanowili, że i Herszel tam pojedzie. Miałem co do tego mieszane uczucia. Z jednej strony było mi przykro, że brat nas opuszcza, ale poczułem też ulgę. Nie chciałem, żeby mama się martwiła, a i wiedziałem, że dla Herszla lepiej będzie mieszkać z tatą. On zresztą polubił miejskie życie i rzadko przyjeżdżał do nas z ojcem.

Jeśli Herszel był twardy i skory do bitki, to Calig stanowił pod wieloma względami jego przeciwieństwo. Był miły i delikatny. Choć sześć lat starszy i miał wszelkie powody, by traktować mnie z góry, nigdy tego nie robił. Nie pamiętam, by kiedykolwiek odnosił się do mnie jak do uprzykrzonego brzdąca, którym zapewne byłem. Zabierał mnie nawet na spacery po okolicy. Był technicznym geniuszem. Wydawało się, że nie ma takiej rzeczy, której nie potrafiłby zmajstrować. Kiedyś zbudował radio kryształkowe, na którym łapaliśmy Warszawę, Białystok, a nawet Kraków. Wszystko zrobił sam – także skrzynkę i antenę. Zdawało mi się, że to czary, gdy Calig założył mi słuchawki i usłyszałem hejnał z kościoła Mariackiego w Krakowie, oddalonego o setki kilometrów.

Jednak moim najbliższym towarzyszem był Dawid, starszy o nieco ponad rok. Pamiętam, jak Dawid opowiadał mi, że kiedy byłem niemowlakiem, bujał mnie w kołysce, gdy płakałem. Możliwe, bo spędzaliśmy ze sobą dużo czasu. A jednak lubił się ze mną drażnić. Uśmiechał się z wyraźną satysfakcją, gdy dawałem się nabrać na jego kawały. Czasami bywałem tak dotknięty jego żartami, że łzy stawały mi w oczach. Pewnego razu, gdy zajadaliśmy makaron, zaczął mi wmawiać, że to ugotowane glisty. Przekonywał mnie tak długo i z tak poważną miną, że w końcu mu uwierzyłem. Zacząłem się dławić, a Dawid wybuchnął śmiechem. Ale wkrótce potem znów byliśmy najlepszymi kumplami, aż do czasu… gdy Dawid znów znalazł sposobność, by zrobić mnie w konia.

W Narewce mieszkał jakiś tysiąc Żydów. Na modlitwy w synagodze, zwanej też bożnicą, chodziłem z dziadkami ze strony mamy, z którymi byłem szczególnie zżyty. Uwielbiałem te modlitwy, odbijające się od ścian synagogi. Rabin zaczynał modły silnym, dźwięcznym głosem, który stopniowo zlewał się z głosami wiernych. Co parę minut jego głos wznosił się ponad gwarem zebranych, podając miejsce, gdzie mają otworzyć modlitewniki. Potem każdy skupiał się na własnej modlitwie. Czuliśmy się, jakbyśmy stanowili jedność – ale też każdy odczuwał swój osobisty związek z Bogiem. Dla postronnego obserwatora mogło to wyglądać dziwnie, lecz dla nas było najnaturalniejsze pod słońcem. Gdy Polacy chrześcijanie próbowali opisać jakieś zgiełkliwe i chaotyczne wydarzenie, mówili, iż przypominało ono „harmider w bożnicy”. W tamtych pokojowych czasach nie miało to wrogiego wydźwięku, ale świadczyło o tym, jak dziwne wydawały się innowiercom nasze praktyki religijne.

Chrześcijanie i Żydzi żyli w Narewce na ogół zgodnie, choć już jako dzieciak nauczyłem się, by nie chodzić ulicami podczas Wielkiego Tygodnia. W tym bowiem czasie chrześcijańscy sąsiedzi traktowali nas szczególnie, jakbyśmy byli ich wrogami. Nawet niektórzy moi koledzy tak się zachowywali. Obrzucali mnie kamieniami i ostrymi, raniącymi epitetami w rodzaju: „Zabójca Chrystusa”. Nie widziałem w tym sensu, bo przecież Jezus żył przed wieloma wiekami, ale widać moja osobista tożsamość znaczyła dla nich mniej od mojej tożsamości zbiorowej – Żyda. A dla ludzi, którzy nas nienawidzili, nie miało znaczenia, kiedy żył jakiś konkretny Żyd. Dla nich każdy Żyd był na wiek wieków Żydem i jako taki odpowiadał za śmierć Jezusa. Na szczęście ta wrogość objawiała się tylko przez parę dni w roku, a generalnie Żydzi i goje z Narewki żyli w zgodzie. Oczywiście zdarzały się wyjątki, jak zawsze. Kobieta mieszkająca naprzeciwko naszego domu obrzucała kamieniami Żydów tylko za to, że przechodzili pod jej oknami. Chyba się bała, że sama bliskość jakiegoś Żyda sprowadzi na nią nieszczęście. Przyzwyczaiłem się przechodzić na drugą stronę ulicy, gdy mijałem jej dom. Inni sąsiedzi byli znacznie sympatyczniejsi. Rodzina mieszkająca obok zapraszała nas co roku, byśmy obejrzeli ich choinkę.

Ogólnie rzecz biorąc, Narewka z lat trzydziestych dwudziestego wieku była idyllicznym miejscem do spędzenia dzieciństwa. Od zachodu słońca w piątek do sobotniego wieczoru Żydzi z Narewki obchodzili szabat. Uwielbiałem tę ciszę, jaka zapadała wraz z zamknięciem sklepów i wszelkich interesów. To była oczekiwana przerwa w całotygodniowej krzątaninie. Po nabożeństwie w synagodze Żydzi siadywali na gankach, gawędzili i żuli pestki dyni. Gdy przechodziłem w pobliżu, często prosili mnie, bym coś zaśpiewał, bo wiedzieli, że znam mnóstwo piosenek i zachwycali się moim głosem. Niestety, zmieniło się to, gdy podrosłem.

Od września do maja chodziłem rano do szkoły państwowej, a po południu do chederu, szkoły żydowskiej. Rodzice zapisali mnie do niej, gdy miałem pięć lat. Tu miałem się nauczyć hebrajskiego i studiować fragmenty Tory. Korzystałem z tego, że mogłem naśladować moich braci, odrabiających ćwiczenia domowe z chederu, choć nie bardzo wiedziałem, o co w tym chodzi.

Dominującym wyznaniem w Polsce był rzymski katolicyzm, odgrywający też ważną rolę w państwowej szkole, do której chodziłem. Kiedy katoliccy koledzy odmawiali modlitwy, my, Żydzi, musieliśmy stać w milczeniu. Ale łatwiej to powiedzieć, niż zrobić: często dostawaliśmy burę za ukradkowe rozmowy albo poszturchiwanie się w czasie, gdy mieliśmy stać jak słupy soli. Problem w tym, że nasz nauczyciel ochoczo donosił

o wszystkim naszym rodzicom. Bywało, że mama wiedziała o moim złym zachowaniu, jeszcze zanim zdążyłem wrócić po lekcjach do domu. Mama nigdy mnie nie biła, ale umiała dać do zrozumienia, że jest ze mnie niezadowolona. Było mi wtedy bardzo przykro, więc na ogół sprawowałem się dobrze. Pewnego razu mój kuzyn Josel spytał swojego nauczyciela, czy mógłby zmienić imię na Józef

– na cześć marszałka Józefa Piłsudskiego. Nauczyciel odparł, że Żydom nie wolno mieć polskich imion. Nie rozumiałem, czemu kuzyn chciał zmienić imię, tym bardziej że Josel znaczyło w jidysz dokładnie to samo, co polskie „Józef”. Jednak nie zaskoczyła mnie odpowiedź nauczyciela. Tak to już wtedy było.

Moim „drugim domem” było mieszkanie naszego sąsiada Lansmana, krawca z zawodu. Z podziwem patrzyłem, z jaką precyzją potrafił rozsiewać z ust mgiełkę wody na prasowane ubrania. Uwielbiałem odwiedzać jego, jego żonę i czterech synów, z których każdy był mistrzem krawieckiego fachu. Lubili podśpiewywać przy pracy, a wieczorami siadali razem, grając i śpiewając. Zdumiało mnie, gdy najmłodszy z braci, syjonista, postanowił opuścić dom rodzinny i wyjechać do Palestyny. Czemu chciał jechać taki kawał świata, czemu rzucił swą rodzinę, pracę i wspólne muzykowanie? Teraz wiem, że ta decyzja uratowała mu życie, bo cała jego rodzina – matka, ojciec, wszyscy bracia – zginęła w Holocauście. W Narewce brakowało większości rzeczy, które dziś uważamy za niezbędne do życia. Ulice były brukowane kocimi łbami albo nie miały żadnej utwardzonej nawierzchni. Większość domów była drewniana i parterowa. Ludzie poruszali się pieszo, na końskich grzbietach albo furmankami. Wciąż pamiętam, jaką sensację w 1935 roku wywołało we wsi pojawienie się elektryczności. Każdy dom miał zdecydować, czy chce energii elektrycznej. Moi rodzice po długich dyskusjach postanowili zainstalować ten cud techniki. Pojedynczy kabel szedł do oprawki założonej pośrodku sufitu. Nie mogliśmy uwierzyć, że jedna szklana bańka może zastąpić lampę naftową – i to tak dobrze, że mogliśmy czytać po nocy. Wystarczyło przekręcić przełącznik. Gdy myślałem, że rodzice nie widzą, wdrapywałem się na krzesło i przekręcałem raz po raz przełącznik, a światło zapalało się i gasło, jakby za sprawą magii. Istny cud!

Jednak pomimo tego elektrycznego cudu życie w Narewce wyglądało pod wieloma względami podobnie jak przed wiekami. W domach nie było kanalizacji i nauczyłem się, by w mroźne dni odwlekać jak tylko się dało wędrówki do wygódki na podwórzu. Mieliśmy tylko jeden duży pokój, służący za kuchnię, jadalnię i salon, oraz jedną sypialnię. Prywatność w takim sensie, jak ją rozumiemy dzisiaj, właściwie nie istniała. Spaliśmy w jednym łóżku: mama, bracia, siostra i ja.

Wodę czerpaliśmy ze studni na podwórzu, spuszczając wiadro na łańcuchu, aż rozległo się pluśnięcie, a potem wyciągaliśmy je kołowrotem z korbą – ciężkie i pełne wody. Sztuką było nie rozchlapać za dużo w drodze do domu. Codziennie potrzebowaliśmy kilku wiader, więc musieliśmy się sporo nachodzić i nakręcić korbą. Do moich obowiązków należało też zbieranie jaj zniesionych przez kury, układanie drewna porąbanego przez Caliga i załatwianie sprawunków dla mamy. Prawie codziennie chodziłem też do obory dziadków i przynosiłem stamtąd skopek mleka od ich krowy.

Paweł Mieczkowski