Bezcenny dar - Jim Stovall

18 marca nakładem Wydawnictwa Replika trafi do sprzedaży „Bezcenny dar” Jima Stovalla. W ramach nadchodzącej premiery książki, zamieszczamy darmowy fragment do przeczytania. Zapraszamy do zapoznania się z książką oraz jej fragmentem.

Dla zainteresowanych, aktualnie w księgarni TaniaKsiazka.pl można nabyć wspomnianą pozycję w przedsprzedaży z 20% rabatem.

Bezcenny dar - Jim Stovall  Bezcenny dar – Jim Stovall

Przewidywana premiera: 2014-03-18

Kiedy Red Stevens umiera, wszyscy członkowie jego rodziny jednoczą się w zachłannym oczekiwaniu na wielomilionowy spadek. Okazuje się jednak, że bogaty staruszek miał swoim bliskim do przekazania coś znacznie cenniejszego niż pieniądze…

Młody Jason otrzymuje od swojego stryjecznego dziadka szereg instrukcji, które mają doprowadzić do tego, że egoistyczny i arogancki chłopak przemyśli swoje życie i pojmie, co w nim naprawdę najważniejsze. Pomagają mu w tym nowi przyjaciele, między innymi siedmioletnia Emily, z niezwykłą pogodą ducha zmagająca się z ciężką chorobą. Jeżeli Jasonowi uda się wykonać wszystkie zadania, na końcu drogi czeka na niego bezcenny dar.

Życie jest drogą, którą jedni przejdą bezmyślnie, a inni świadomie – obserwując, słuchając, wyciągając wnioski z doświadczeń, wypełniając tę podróż sensem. Ta powieść uwrażliwia na wybór właściwego kierunku. Można przeczytać tę książkę w jeden wieczór, historia jest wciągająca. Zachęcam jednak, by zaprzyjaźnić się z nią na dłużej, porozmyślać nad przekazem każdego z rozdziałów, może nawet coś w sobie zmienić. Polecam nie tylko młodym!
Renata L. Górska, autorka książek: Cztery pory lata, Za plecami anioła, Błędne siostry, Przyciąganie niebieskie, Historia kotem się toczy

Fragment książki:

Zajrzyj w głąb duszy Twojego bliźniego
i nakłoń ku niej nie tylko ucho,
ale serce i wyobraźnię;
nasłuchując z cichą, cierpliwą miłością.

JOYE KANELAKOS

Przedmowa

Za chwilę na kartach książki, którą trzymasz właśnie w dłoniach, rozpoczniemy naszą wspólną po­dróż. Chcę już teraz podziękować Ci za cały wysiłek, jaki włożyłeś i jeszcze włożysz w tę wyprawę.
Jestem przekonany, że po przeczytaniu ostatniej strony Bezcennego daru będziesz innym człowiekiem. Gdy zamkniesz tę książkę, nasza wspólna wyprawa dobiegnie końca, lecz Twoja osobista podróż ku pełni Twojego powołania dopiero się rozpocznie.
Każda wędrówka nabiera większego znaczenia dzięki wyjątkowym osobom, które nam w niej towarzyszą. Na pewno pamiętasz niejedną taką wspaniałą podróż lub wakacyjną wycieczkę.
W przyjemnych wspomnieniach związanych z tymi wyprawami powraca nie tylko cel wędrówki, ale i wyjątkowe osoby, które nam towarzyszyły.
Mam wielką nadzieję, że kiedy skończysz lekturę Bezcennego daru i z zapałem wyruszysz w swoją życiową podróż, będziesz dzielić się po drodze swoim darem z przyjaciółmi, krewnymi i wszystkimi wyjątkowymi ludźmi, którzy czynią naszą podróż tak cenną.
Dziękuję też Tobie za nasze spotkanie, za to, że będziesz towarzyszyć mi na tym etapie mojej życiowej podróży i za to, że zgadzasz się, by najwspanialszy dar, a przez to także ja sam, stał się częścią Twojego życia.

Z serdecznymi pozdrowieniami
Jim Stovall

Rozdział I

Początek podróży

Podróż może być długa lub krótka,
lecz aby mogła się rozpocząć,
trzeba kiedyś zrobić ten pierwszy krok.

Miałem już za sobą pięćdziesiąt trzy lata praktyki prawniczej i osiemdziesiąt lat przeżytych na tym świecie – i to właśnie wtedy rozpocząłem podróż, która na zawsze odmieniła moje życie.
Siedziałem za ogromnym mahoniowym biurkiem w swoim narożnym gabinecie na ostatnim piętrze okazałego biurowca w najbardziej prestiżowej dziel­nicy Bostonu. W wykładanym marmurem hallu na drzwiach wejściowych wisiała staroświecka mosięż­na tabliczka z napisem Hamilton, Hamilton & Hamilton. Jestem pierwszym Hamiltonem z tej trójki – gwoli ścisłości, moje pełne imię i nazwisko to Theodore J. Hamilton. Pozostali Hamiltonowie w nazwie firmy to mój syn i wnuk.
Daleki jestem od formułowania opinii, iż razem tworzymy najbardziej prestiżową kancelarię w całym Bostonie – wolę zachować powściągliwość w tej kwestii. Jednakże jeżeli taką opinię wyraziłby ktoś inny, z pewnością nie uznałbym jej za nieuzasadnioną.
Rozkoszowałem się klimatem mojego staromodnego wprawdzie, lecz dość wytwornego gabinetu, rozmyślając nad tym, jak długą drogę przebyłem od dawnych, chudych studenckich lat.
Z niekłamaną dumą spoglądałem na ścianę dokumentującą mój dorobek zawodowy, pokrytą fotografiami, na których występowałem w towarzystwie wielu sławnych osobi­stości – w tym ostatnich pięciu prezydentów Stanów Zjednoczonych.
Następnie mój wzrok prześlizgnął się po znanych mi dobrze, sięgających sufitu regałach zastawionych oprawionymi w skórę woluminami, po ogromnym orientalnym dywanie i klasycznych skórzanych meb­lach, starszych niż ja sam. Jednak już po chwili z tego przyjemnego nastroju, płynącego z rozkoszowania się znajomym otoczeniem, wyrwał mnie brzęk telefonu na biurku.
W słuchawce usłyszałem znany mi dobrze, opanowany jak zawsze głos Margaret Hastings:
– Panie Hamilton, czy mogę zamienić z panem kilka słów?
Przepracowaliśmy już wspólnie ponad czterdzieści lat, wiedziałem więc, że taki ton zarezerwowany jest wyłącznie dla najpoważniejszych i najbardziej doniosłych okoliczności.
– Bardzo proszę – odpowiedziałem natychmiast.
Pani Hastings weszła do gabinetu, zamknęła za sobą drzwi i zajęła miejsce po drugiej stronie biurka. Zauważyłem, że nie ma przy sobie kalendarza, ko­respondencji ani żadnych dokumentów. Próbowałem właśnie przywołać w pamięci, kiedy ostatnio Mar­garet wkroczyła do mojego sanktuarium z pustymi rękami, gdy usłyszałem to krótkie zdanie:
– Panie Hamilton, Red Stevens nie żyje.
Każdy, kto wkracza w ósmą dekadę swojego życia, przyzwyczaja się stopniowo do śmierci przyjaciół i członków rodziny. Mimo to niektóre z tych strat bolą wyjątkowo mocno. I tak właśnie było tym razem. Byłem głęboko poruszony. Jednak pośród wszystkich myśli i emocji, które opanowały mnie w tamtej chwili, na pierwszy plan wybiła się ta, że będę teraz musiał speł­nić oczekiwania Reda – czyli dopełnić obowiązków wynikających z mojej pracy.
– Musimy skontaktować się ze wszystkimi członkami rodziny pana Stevensa – oznajmiłem oficjal­nym tonem – jak również z zarządami jego licznych przedsiębiorstw, i przygotować się do opanowania medialnego zamętu, którego możemy spodziewać się w każdej chwili.
– Zajmę się wszystkim – odpowiedziała pani Hastings i natychmiast ruszyła w stronę drzwi. Nagle jednak zatrzymała się w pół kroku i po chwili niezręcznego milczenia, które sprawiło, że natychmiast poczułem, iż przekraczamy linię oddzielającą relacje zawodowe od spraw osobistych, powiedziała ściszonym głosem:
– Bardzo panu współczuję, panie Hamilton.
Po tych słowach zamknęła za sobą drzwi i zostawiła mnie sam na sam z moimi myślami.

***

Dwa tygodnie później zasiadłem u szczytu długie­go stołu konferencyjnego, przy którym zgromadzili się wszyscy krewni Reda Stevensa. Czułem wyraźnie atmosferę niecierpliwego oczekiwania, graniczącego wręcz z gorączką chciwości.
Znając uczucia, jakimi Red darzył większość swojej rodziny, wiedziałem, że chciałby zapewne, aby wszyscy tu obecni jak najdłużej trwali w swoim ża­łosnym stanie. Dlatego też poleciłem Margaret zaserwować zebranym kawę, herbatę, napoje i wszystko, co tylko mogło przyjść jej na myśl. Raz po raz przeglą­dałem obszerną dokumentację, pochrząkując przy tym znacząco. Wreszcie, widząc, że niebezpiecznie przecią­gam strunę, wstałem i zwróciłem się do zebranych:
– Panie i panowie, jak wiecie, jesteśmy tu po to, aby odczytać ostatnią wolę Howarda „Reda” Stevensa. Z pewnością przeżywamy wszyscy trudne chwi­le i nasz smutek przewyższa znacznie wagę wszel­kich prawnych i finansowych oczekiwań, z którymi przyszliśmy tu tego poranka. – Wiedziałem, że Red, gdziekolwiek teraz jest, doceniłby tę ironię w moim gło­sie. – Oszczędzę zatem państwu wszelkich wstępów i zawiłości języka prawnego i przejdę od razu do konkretów. Red Stevens odniósł w życiu wiele suk­cesów – w każdym znaczeniu tego słowa. Podobnie więc jak on sam, również i zapisy w jego testamencie są proste i bezpośrednie. Sporządziłem ten uaktual­niony testament dla pana Stevensa niewiele ponad rok temu, w dniu jego siedemdziesiątych piątych urodzin. Na podstawie rozmów, które przeprowadziliśmy od tamtego czasu, mogę zaświadczyć, iż dokument ten jest wiernym odzwierciedleniem ostatniej woli zmar­łego.
Odczytam teraz testament w jego oryginalnym brzmieniu. Zorientują się państwo niebawem, że cho­ciaż dokument ten ma pełną moc prawną, częściowo składa się ze słów samego Reda Stevensa:
„Mojemu najstarszemu synowi, Jackowi Stevensowi, zapisuję swoją pierwszą firmę – Panhandle Oil and Gas. W momencie sporządzania niniejszego te­stamentu wartość firmy wyceniano na około sześćset milionów dolarów”.
Po tych słowach w pokoju dało się słyszeć kilka stłumionych okrzyków i jeden głośny pisk radości. Od­łożyłem dokument na skraj stołu i zza opuszczonych okularów przeszyłem słuchaczy swoim najgroźniejszym spojrzeniem wprost z sali sądowej. Po chwili znaczącego milczenia powróciłem do odczytywania testamentu:
„Jack będzie wprawdzie jedynym właścicielem firmy, jednakże wszelkie kwestie dotyczące zarzą­dzania jej działalnością pozostaną w rękach człon­ków zarządu, z których pracy byłem zawsze w pełni zadowolony. Jack, chcę, abyś wiedział, że skoro nie interesowałeś się zupełnie firmą za mojego życia, doszedłem do wniosku, że nie inaczej będzie również po mojej śmierci. Dlatego gdybym powierzył ci za­rządzanie Panhandle, zachowałbym się jak człowiek, który daje naładowany pistolet trzyletniemu dziecku. Niech ci będzie wiadomo, że poleciłem panu Hamiltonowi sformułować mój testament w taki sposób, że jeśli tylko zaczniesz domagać się władzy lub utrud­niać pracę zarządowi firmy albo nawet narzekać na moją decyzję, cały kapitał Panhandle Oil and Gas zostanie przekazany na cele charytatywne”.
Przerwałem i spojrzałem na Jacka Stevensa. Na jego twarzy malowały się wszelkie możliwe emocje. Jack Stevens był pięćdziesięciosiedmioletnim play­boyem, który w swoim życiu nie przepracował na­wet jednego dnia. Jestem pewien, że nie zdawał sobie sprawy, jak wielką przysługę
wyświadczył mu jego ojciec, pozbawiając go
kontroli nad firmą Panhandle. Jednocześnie nie
ulegało wątpliwości, że Jack odebrał to jako kolejny dowód na to, że nie potrafi sprostać oczekiwaniom swojego ojca – osobistości wielkiego formatu.
Było mi go nawet trochę żal.
– Panie Stevens – powiedziałem – testament jas­no precyzuje, iż postanowienia należy odczytywać w kolejności, i strony, których dotyczy dany zapis, po wysłuchaniu przeznaczonego ich uwadze fragmentu, muszą niezwłocznie opuścić
salę.
Jack spojrzał na mnie błędnym wzrokiem i zapy­tał:
– Co takiego?
Na szczęście do akcji wkroczyła zawsze czujna pani Hastings. Wzięła Stevensa Juniora pod rękę i powiedziała:
– Panie Stevens, odprowadzę pana do drzwi.
Gdy reszta słuchaczy usadowiła się znowu w swo­ich krzesłach i poziom podekscytowania ponownie sięgnął zenitu, zacząłem czytać dalej: „Mojej jedynej córce Ruth zapisuję rodzinny dom i ranczo w Austin w stanie Teksas, z całą ho­dowlą bydła”.
Ruth siedziała w odległej części stołu ze swoim podejrzanie wyglądającym mężem oraz dzieckiem. Nawet z tak dużej odległości bez trudu usłyszałem, jak zaciera ręce w geście chciwej satysfakcji. Zaję­ci sobą, Ruth i jej mąż nie zrozumieli zapewne, że ich majątkiem miał zarządzać ktoś inny, oni zaś mieli trzymać się z daleka, tak aby nie zrobili krzywdy ani sobie, ani komukolwiek. Pani Hastings szybko od­prowadziła ich dodrzwi.
Odchrząknąłem i czytałem dalej: „Mojemu naj­młodszemu synowi Billowi – ostatniemu potomkowi – zapisuję wszystkie swoje udziały i obligacje oraz cały portfel inwestycyjny. Jednakże musisz wiedzieć, Billu, że wszystkie te papiery wartościowe pozostaną pod zarządem powierniczym pana Hamiltona i jego firmy, którzy będą nimi zarządzać w twoim imieniu, tak aby w momencie odczytywania twojego testamen­ tu pozostało
z nich cokolwiek do podziału pomiędzy twoich spadkobierców”.
Kolejni dalsi krewni otrzymywali swoje niecierp­liwie wyczekiwane „kawałki tortu” i liczba zgroma­dzonych na sali osób coraz bardziej się uszczuplała. W końcu oprócz nas dwojga – pani Hastings i mnie – przy stole pozostała już tylko jedna osoba.
Był to młody Jason Stevens – dwudziestocztero­letni wnuczek brata mojego długoletniego przyjacie­la. Zwróciłem wzrok w jego stronę, a on odpowiedział mi spojrzeniem, z którego wyczytałem złość, bunt i kompletny brak szacunku. Na takie spojrzenie po­trafi zdobyć się tylko człowiek, który od zawsze pie­lęgnuje w sobie egoistyczny gniew.
Jason uderzył dłonią w stół i krzyknął:
– Wie­działem, że ten stary sknera nic dla mnie nie zostawi. Zawsze mnie nienawidził. – Po tych słowach wstał i ruszył w stronę drzwi.
– Nie tak szybko! – zawołałem. – Twoje na­zwisko figuruje w testamencie.
Słysząc to, Jason wrócił na swoje miejsce. Spoj­rzał na mnie chłodno i beznamiętnie. Starał się nie zdradzić swojego podekscytowania.
Odwzajemniłem jego lodowate spojrzenie i posta­nowiłem milczeć, dopóki sam się nie odezwie. Osiemdziesięciolatkom, takim jak ja, czekanie nie przy­sparza już żadnych trudności. Po dłuższej chwili zniecierpliwiony Jason wybuchnął:
– Dobra, co ma dla mnie ten stary kozioł?
Usiadłem i sięgnąłem po testament, a Jason burk­nął pod nosem:
– Założę się, że nic.
Rozsiadłem się wygodnie i z uśmiechem odpo­wiedziałem:
– Młody człowieku, masz rację, to nic, ale i wszystko – jednocześnie.

Paweł Mieczkowski