Historia trwa...

Elegant ze starej gwardii – Ty decydujesz, czy historia ma nadal trwać…

Elegant ze starej gwardii

Przygotowałem niespodziankę. W zakładce „O Nas” widnieje krótka historyjka. Poznajecie w niej Stilesa, mężczyznę o wątpliwej profesji, który w „przemiły” sposób wita się z nieznajomą, pukającą do jego mieszkania. Postanowiłem zdradzić dalsze losy głównego bohatera, uchylając nieco szczegółów odnośnie jego profesji. Opowieść można przeczytać poniżej – „Elegant ze starej gwardii”.

Końcówka jest furtką do kontynuacji historii. Obiecuję, że jeśli ten oto wpis z tekstem zbierze przynajmniej 50 polubień, historia będzie trwała nadal – dopiszę kolejne wydarzenia.

Jeśli znajdziecie chwilę, koniecznie przeczytajcie. Jeżeli tekst Wam się spodoba i będziecie chcieli poznać dalsze losy Stilesa – lajkujcie, udostępniajcie, komentujcie!

Miłego czytania!

Elegant ze starej gwardii

1

Zawsze mógł liczyć na swoje przeczucie. Wprawdzie nie było nieomylne, lecz jeśli jakaś sprawa zaczynała wyjątkowo cuchnąć, wyczuwał to na kilometr. Wtedy bez zbędnego zastanowienia, zawsze podejmował wyzwanie. Uwielbiał mieć zajęcie. Profesja, choć niedoceniona i mocno niestabilna, skutecznie zabijała nudę i zapewniała, dosłownie, diabelskie atrakcje, często dostarczając monstrualną dawkę adrenaliny. Dla niektórych wręcz zabójczą, jednak w stosunku do jego osoby proporcja była do zniesienia, można powiedzieć, utrzymywała go na chodzie.

Przypadek od samego początku wydawał się oczywisty. Relacje świadków ukazywały pewne, bezsprzeczne spójności, a co ważniejsze – brzmiały bardzo wiarygodnie, były niezwykle emocjonalne. Prawidłowa reakcja. Bieg życia zostaje gwałtownie zaburzony wydarzeniami, które nie powinny mieć miejsca. Umysł po prostu nie wytrzymuje. Człowiek widzi, czego nie powinien zobaczyć i nie może sobie z tym poradzić. Na nasze nieszczęście złe rzeczy zdarzają się codziennie, taka jest nieodwracalna kolej rzeczy. Najzwyczajniej w świecie ludzki los brzydzi się monotonią. Jak sobie z tym radzić? Każdy musi skomponować swoją, odpowiednio elastyczną receptę, tak przynajmniej uważał.

Stiles był przygotowany na wszystko. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Jego życiowa dewiza systematycznie sprawdzała się w praktyce. Postępował według własnego wypracowanego protokołu i zazwyczaj wychodził na tym nie najgorzej.

Sięgnął do włącznika. Neonowa lampa kilkakrotnie zadławiła się. Po dłuższej chwili zapanowała światłość. Pokój był w koszmarnym stanie, różnorodne pęknięcia na ścianach tworzyły niesamowite, pajęcze wzory, zgrzybiałe zacieki zdobiły każdy zakątek pomieszczenia, tworząc szaro-czarny, impresjonistyczny pejzaż, okalający całe wnętrze. W zastałym powietrzu unosił się zapach stęchlizny. Smród był obezwładniający, każdy płytki wdech ranił nozdrza do tego stopnia, iż miał wrażenie, że zaczyna krwawić od wewnątrz. Wzięcie kilku pełnych wdechów zapewne mogłoby skutkować omdleniem.

Wilgotna chusta, spoczywająca do tej pory na jego szyi, powędrowała w okolice twarzy, zakrywając usta i nos. Prowizoryczny filtr powietrza działał bez zarzutu. Odetchnął z ulgą i zaczął lustrować kolejne elementy wnętrza. Po prawej stronie na podłodze spoczywały pozostałości po niegdyś wielkim lustrze, z ramy wyłaniały się wyrzeźbione, zwierzęce pyski, zamglone kurzem, chaotycznie porozrzucane fragmenty lustrzanego szkła zdobiły niemal całą posadzkę. Naprzeciw wejścia wisiał odwrócony do góry nogami krucyfiks. W samym centrum stał niewielki drewniany stolik. Postawił na nim dwie metalowe miski i wypełnił je do połowy wodą. Następnie wykonał krok w tył i poluzował obwiązane na nadgarstkach, dotychczas niewidoczne różańce. Ręce luźno opadły wzdłuż ciała. Charakterystyczne drewniane koraliki zakończone niewielkim krzyżem zgodnie z zasadami grawitacji zatańczyły w powietrzu. W pokoju zapanowała grobowa cisza.

Rytuał nie był skomplikowany. Znak krzyża, krótka modlitwa, kilka tajemnych formułek, poświęcenie wody, skropienie wnętrza plus parę dodatkowych sztuczek i oczekiwanie na reakcję.

Spojrzenie Stilesa zdradzało ekstremalne skupienie. Przeżegnał się i zaczął modlitwę. Słowa wypowiadane z wielką pasją na głos, lekko przytłumione przez chustę, nabierały wyrazu, odbijając się od pustych ścian pomieszczenia. Nie było już odwrotu.

Krucyfiks naprzeciw drzwi spadł na posadzkę. Fragmenty lustrzanego szkła zaczęły miarowo drgać. Częstotliwość drgań nasilała się. Nie robiło to na nim żadnego wrażenia, spokojnie kontynuował.

– Co próbujesz osiągnąć, chłopcze? – szept zza pleców wydawał się paraliżujący.

Zadziałał impulsywnie, spróbował sięgnąć po broń, lecz było za późno. Nieznajomy uprzedził go, wyprowadzając precyzyjny cios. Stiles przeleciał przez stolik i spotkał się ze ścianą, na której jeszcze chwilę temu wisiał krucyfiks. Uderzenie było na tyle silne, że zakręciło mu się w głowie. Głośno jęknął, przewrócił się na plecy i rozejrzał się w poszukiwaniu spluwy, którą jak się okazało zgubił w locie. Wtedy go zobaczył.

Białe, wypolerowane lakierki, wytworny, szary garnitur, srebrny, wysadzany diamentami zegarek, przylizana fryzura i sarkastyczny uśmiech. Kuźwa, szpaner mi się trafił, cholerny elegant, pomyślał i wycedził z wielkim bólem. – Rozkręcam imprezę.

Jegomość z wielkim rozbawieniem klasnął w dłonie – Wyśmienicie, lubię imprezy! – Następnie stanął w rozkroku i wyciągnął prawą rękę w stronę Stilesa.

Ten poczuł dziwny dyskomfort, jakby drętwienie. Po chwili zdał sobie sprawę, iż nie jest w stanie się poruszyć.

– Dobra, postawię sprawę jasno. – Zaczął nieznajomy. – Nazywam się Krezus, jestem panem tej posiadłości, a ty wtargnąłeś tu bez pozwolenia, rozstawiasz się z jakimś prowizorycznym ołtarzykiem i mamroczesz niemające większego sensu, niestworzone regułki. Szczerze, na mnie to nie działa, rozumiesz, stara gwardia. Zresztą, nawet bym się tym nie przejął, ale twój teatrzyk zakłócił mój napięty harmonogram. – Spojrzał na zegarek. – Właśnie nastał czas na ulubiony punkt programu, popołudniową herbatkę, a tego ci nie daruję, więc… – Odpłynął na chwilę. – nieoczekiwany gościu, doprosiłeś się tej imprezy. Będzie hucznie i krwawo. Pasuje?

Brakowało mu tchu, oddychał bardzo nieregularnie, ale wiedział, że musi przestrzegać żelaznej zasady: nie wolno panikować… inaczej będzie po nim. Zebrał się w sobie i z trudem wyszeptał. – Możesz powtórzyć? Strasznie seplenisz, zrozumiałem co drugie słowo. – Choć był w beznadziejnej sytuacji, nie mógł się powstrzymać.

Krezus nie spodziewał się takiego odzewu. Po kilkusekundowej zwłoce pokręcił głową i ruszył do przodu.

Coś zaszeleściło od strony wejścia. W pomieszczeniu rozległ się odgłos wystrzału. Krezus wyparował. W drzwiach ukazała się kobieta z wycelowanym w pustą przestrzeń, dymiącym obrzynem. Ślady po wystrzale wymalowały spory ślad, dosłownie 10 centymetrów od głowy Stilesa. Ten odzyskał władzę w całym ciele, podparł się dłońmi o podłogę, wykonał trzy głębokie wdechy i rzekł z wyrzutem. – Chybiłaś. Mogłabyś trochę bardziej uważać, mało brakowało, a wąchałbym kwiatki od spodu.

– Dzięki za informację. Zwykłe dziękuję by wystarczyło! – Odpowiedziała z uśmiechem. – Szybki jest. Prędko, zaraz tu wróci, chyba musimy zmienić taktykę…

Paweł Mieczkowski